„Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi
„Odyseja” w tłum. Lucjana Siemieńskiego
Zburzywszy, długo błądził i w tułaczce swojej
Siła różnych miast widział, poznał tylu ludów
Zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów!
A co strapień na morzach, gdy przyszło za siebie
Lub za swe towarzysze stawić się w potrzebie,
By im powrót zapewnić! Nad siły on robił,
Lecz druhów nie ocalił: każdy z nich się dobił
Sam, głupstwem własnym.”
Gdy Homer (*) pisał te słowa (**) w 8. wieku pne (***), świat „Iliady” i „Odysei” nie istniał już od co najmniej 400 lat (****). Jedno zdanie i cztery przypisy. A to dopiero początek. W tym filmie bowiem chciałbym przekonać Was, że „Iliada” i „Odyseja” są pełne niejasności, przeinaczeń, anachronizmów, oraz wątpliwych moralnie zwrotów akcji. Co zresztą, przynajmniej w przypadku „Odysei”, doskonale pasuje do opowieści o najbardziej greckim z greckich bohaterów: kłamcy i oszuście, którego działania doprowadziły do upadku Troi i śmierci tysięcy ludzi, w tym jego własnych towarzyszy. Ale oznacza to również, że gdy w XXI wieku oczekujemy od ekranizacji „Iliady” i „Odysei” jednocześnie: wierności historycznej, zgodności z oryginałem oraz tego, by nie bolały nas oczy podczas oglądania — domagamy się od nich rzeczy wzajemnie wykluczających się.
Ale po kolei.
Homer nie istniał
Homer prawdopodobnie nigdy nie istniał. Tak zwana Kwestia Homerycka , pytanie o tożsamość autora „Iliady” i „Odysei” , pojawia się już w starożytności. Już w III wieku przed naszą erą tak zwani Chorizontes, czyli „separatyści”, twierdzili, że oba eposy musiały mieć różnych autorów, ze względu na zbyt duże różnice w stylu.
Poważne badania nad tym zagadnieniem rozpoczęły się jednak dopiero w 1795 roku, wraz z opublikowaniem eseju Friedricha Augusta Wolfa Wstęp do Homera. Dziś większość uczonych zgadza się, że „Iliada” i „Odyseja” nie wyszły spod pióra tej samej osoby. Podstawą tej tezy są liczne różnice w narracji oraz słownictwie.
Według tej teorii, „Iliada” i „Odyseja” mogły zostać spisane dopiero w VI wieku przed naszą erą. To wtedy tyran Aten, Pizystrat, który rządził w latach 561–527 p.n.e., zlecił uwiecznienie „Iliady” na piśmie, opierając się na ustnych eposach. Te opowieści miały wówczas już jednolitą formę i były przekazywane ustnie od około 200 lat.
Każdy z eposów miał prawdopodobnie swojego autora, żyjącego między 800 a 750 rokiem p.n.e. Nie byli to jednak twórcy oryginalni, a raczej osoby, które zebrały krążące po archaicznej Grecji historie i ułożyły z nich dwie spójne narracje. Niewykluczone zresztą, że autorów było więcej niż dwóch, a wcześniejsze wersje obu dzieł były wielokrotnie modyfikowane i dopracowywane, zanim przybrały ostateczną formę, którą znamy dzisiaj. Najwcześniejsze zachowane fragmenty „Iliady” i „Odysei” pochodzą dopiero z III wieku p.n.e., i to z Egiptu.
„Ale w zasadzie czemu to jest ważne?” spytacie.
Otóż jest ważne, ponieważ przez wieki wiarygodność materiału źródłowego opierała się na wierze w autorytet jego autora. Zanim Friedrich August Wolf ponownie spopularyzował wątpliwości co do istnienia Homera, spekulowano, że żył on w czasach wojny trojańskiej albo być może właśnie w VIII wieku p.n.e., ale miał dostęp do wiarygodnych źródeł i artefaktów z tamtych czasów. Jego opisy zdarzeń, miejsc, ekwipunku wojskowego i budowli uznawano za wiarygodne, a samych bohaterów za postacie historyczne.
Upadek tego autorytetu w XIX wieku doprowadził do zakwestionowania wszystkich tych elementów na tyle poważnie, że gdy Heinrich Schliemann i Frank Calvert ogłosili w 1868 roku, iż ich zdaniem ruiny Troi znajdują się w tureckim Hisarlık u wybrzeży Morza Egejskiego, wielu współczesnych im archeologów wyśmiało ten pomysł. Obecnie wiemy, że prawda leży gdzieś pośrodku; a raczej leży tam, gdzie leży. „Iliada” i „Odyseja” mają podłoże w prawdziwej historii, nie powinniśmy jednak oczekiwać od nich zbyt wiele pod kątem realizmu i historycznej wiarygodności.
Taka sobie historyczność Troi

Obił Wam się zapewne o uszy eksperyment myślowy znany jako „Statek Tezeusza”. Statek wypływa z portu, a w miarę podróży stopniowo wymieniane są w nim wszystkie deski, maszty, żagle i inne elementy. Zmienia się również jego załoga, kolorystyka, a nawet kształt. Wszystko to jednak dzieje się jeden element po drugim. Kiedy zatem, i czy w ogóle, możemy powiedzieć, że statek przestaje być oryginalnym statkiem Tezeusza?
Tu mamy do czynienia z czymś podobnym, choć na dość wysokim poziomie abstrakcji. Nazwijmy ten nowy eksperyment myślowy „Troją Homera”. Mamy więc odkopane ruiny miasta w miejscu, które mniej więcej pasuje do opisu Homera. Miasto istniało w czasach, gdy w Grecji panowała kultura mykeńska, i zostało zniszczone pod koniec tego okresu, prawdopodobnie w wyniku zdobycia i spalenia przez wrogie siły. Mamy również gliniane tabliczki z nieco wcześniejszych czasów, z XIII i XII wieku p.n.e., z Hattusa, stolicy imperium Hetytów, w których wymienione jest miasto Wilusa, znajdujące się gdzieś w tej samej okolicy.
Nazwa „Wilusa” mogła trafić do języka greckiego jako „Ilios” lub „Ilion”, a stąd „Iliada”, czyli opowieść o mieście Ilios. Te same hetyckie źródła wspominają o innym mieście, a być może regionie, o nazwie „Taruisa”, skąd może pochodzić nazwa „Troja”. Wilusa miała być miastem podległym Hetytom, ale jednak dość niezależnym. Jeden z jej królów miał na imię Alaksandu, co brzmiałoby po grecku jako Aleksander, a inną postacią pojawiającą się w tych tekstach jest rebeliant o imieniu Piyamaradu, czyli Priam. Hetycki autor wspomina również o Grekach, którzy podżegają Wilusan do rebelii, i nazywa tych Greków Ahhiyawa, czyli Achajami, terminem używanym również przez Homera.
Mamy również znaleziony w Mykenach hełm z kłów dzika. W „Iliadzie” taki właśnie hełm nosi Odyseusz; po upadku Myken takich hełmów już najwyraźniej nie używano. (Swoją drogą, ten opis zainspirował mnie do umieszczenia w mojej powieści hełmów z kawałków drewna).
A więc… mamy miasto we właściwym miejscu, zamieszkałe przez ludzi o właściwych imionach i zniszczone we właściwym czasie, a gdzieś po okolicy plączą się mykeńscy Grecy. Łączymy kropki, i gotowe: oto nasza historyczna Troja.
A jednak, jak przyjrzeć się bliżej, cały ten materiał dowodowy nie jest tak solidny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Po pierwsze, pomysł, iż wojna trojańska miała miejsce pod koniec epoki brązu, jest stosunkowo nowy. Zaczęliśmy łączyć „Iliadę” z końcem epoki brązu właśnie dlatego, że znalezione ruiny noszą ślady zniszczenia z tego okresu. Przed Schliemannem i Calvertem, a zwłaszcza przed Wolfem, wydarzenia opisane w „Iliadzie” i „Odysei” umieszczano w pewnej niedoprecyzowanej przeszłości.
Sam Homer, a raczej nieznani autorzy „Iliady” i „Odysei”, żyli setki lat po upadku cywilizacji mykeńskiej, w czasach, które obecnie nazywamy greckimi wiekami ciemnymi. Nie znali pisma i zapewne nie podróżowali w swoim życiu dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od domu. Swoją drogą, musiało to być ciekawe doświadczenie: widzieć w swoim otoczeniu ruiny dawnej cywilizacji, wśród których ty i twoi znajomi wypasacie bydło; słyszeć mity o herosach sprzed lat oraz wiedzieć o istnieniu budowli, których nikt ze współczesnych nie potrafiłby już zbudować.
Ta mieszanka starych, indo-europejskich mitów oraz śladów minionych, złotych wieków musiała wywrzeć na Grekach tej epoki niesamowite wrażenie. Być może to jemu właśnie zawdzięczamy bogactwo greckiej mitologii.
A zatem, w czasach gdy powstawały, „Iliada” i „Odyseja” wcale nie musiały opisywać konkretnie zniszczenia miasta Wilusa. Wojny, oblężenia i plądrowanie miast zdarzały się bowiem na tyle często, że autorzy mogli po prostu zbudować opowieść o pewnej wojnie i zniszczeniu pewnego miasta, podobnie jak obecnie mamy tony powieści fantasy i science-fiction, których fabuła krąży wokół tego tematu.
Podejrzewamy, na podstawie niektórych słów i form gramatycznych obecnych w tekście, że „Iliada” i „Odyseja” powstały w Jonii, czyli na współczesnym zachodnim wybrzeżu Turcji. Ruiny Wilusy leżą niedaleko na północ stamtąd i mogły być znane zarówno autorom, jak i słuchaczom. Jest możliwe, że jedni i drudzy znali opowieści o tym, iż Wilusa została zniszczona w wojnie; nie znaczy to jednak, że „Iliada” mówi o jakiejś konkretnej wojnie, która faktycznie miała miejsce. Historyczna Wilusa została zresztą spalona wielokrotnie; nie wiemy przez kogo. W sumie nie jest nawet takie pewne, że choć raz zrobili to mykeńscy Grecy.
Trochę to tak, jakby za kilkaset lat, po kolejnym upadku i odrodzeniu cywilizacji, przyszły poeta napisał epos o Powstaniu Warszawskim, ale pomieszał je z Powstaniem Styczniowym, bo ono również wybuchło w Warszawie, a zatem było warszawskie. Na pomoc Polakom przybyłby wówczas Napoleon Bonaparte, z którego pomocą walczylibyśmy z Rosjanami i Niemcami pod Radzyminem.
Brak źródeł pisanych
Zostańmy jeszcze na chwilę przy stwierdzeniu, że autorzy „Iliady” i „Odysei” – nasi Homerzy, w liczbie co najmniej dwóch – żyli setki lat po upadku cywilizacji mykeńskiej, nie znali pisma i tworzyli na podstawie ustnych przekazów.
Pismo, którym posługiwali się Grecy w epoce mykeńskiej, nazywamy pismem linearnym B. Jest to sylabariusz składający się z 87 znaków, uzupełniany przez nieco ponad 100 znaków ideograficznych — coś na wzór pisma japońskiego, łączącego sylabiczne hiraganę i katakanę z ideograficznymi kanji. W piśmie linearnym B ideogramy mają jednak dużo bardziej ograniczone zastosowanie i są znacznie prostsze graficznie. Na przykład znak oznaczający konia wygląda jak głowa konia. Znaleźliśmy ponad 6000 inskrypcji, głównie dotyczących ewidencji zawartości spichlerzy, towarów handlowych oraz darów ofiarowywanych w świątyniach. Zdołaliśmy je odcyfrować (jak do tego doszło, to ciekawy temat na osobny film) i dzięki temu wiemy, że ich autorzy posługiwali się wczesną odmianą języka greckiego. Żadna z odnalezionych tabliczek nie zawiera jednak tekstu literackiego lub historycznego.
Co więcej, pismo linearne B uległo zapomnieniu po upadku cywilizacji mykeńskiej i końcu epoki brązu w XII wieku p.n.e. Wiemy zatem na pewno, że autorzy „Iliady” i „Odysei” nie mogli czerpać swojej wiedzy z żadnych źródeł pisanych. Mieli do dyspozycji wyłącznie ustne przekazy; co za tym idzie, opis epoki brązu w ich dziełach cierpi z powodu efektu głuchego telefonu.
Anachronizmy w „Iliadzie” i „Odysei”
I tak, na przykład, w „Iliadzie” mamy opisy rydwanów, które służą bohaterom aby dotrzeć na pole bitwy. Gdy bohater przybywa już na miejsce, zsiada z rydwanu i walczy pieszo. Z opisów można odnieść wrażenie, że autor wiedział o wykorzystaniu rydwanów w bitwach z późnej epoki brązu, ale w jego czasach nie było to już powszechną praktyką, a wyobrażenie sobie, jak dokładnie z nich korzystano, stanowiło dla niego problem.

Zgodnie z naszą obecną wiedzą, w późnej epoce brązu rydwany były głównie wykorzystywane jako siły szybkiego reagowania. Każdy rydwan zajmowały dwie osoby: woźnica oraz łucznik. Jeśli w trakcie bitwy okazałoby się, że przeciwnik atakuje z nieoczekiwanej pozycji, rydwany mogły szybko przemieścić się w newralgiczne miejsce, opóźnić atak, zasypując wrogi oddział strzałami, i dać czas piechocie na przeorganizowanie się. Wiemy o tym na podstawie źródeł egipskich, ale podobne zastosowanie rydwanów możemy podejrzewać też u Hetytów, a od nich z kolei tę technologię mogli zapożyczyć mykeńscy Grecy.
Podobnie sprawa ma się z tarczami i uzbrojeniem w ogóle. W „Iliadzie” wymiennie pojawiają się broń z żelaza i brązu, a autor wielokrotnie opisuje tarcze Greków i Trojan jako okrągłe i stosunkowo małe. Tymczasem z wykopalisk i fresków wiemy, że głównym typem tarczy używanym w Mykenach i Wilusie była wysoka tarcza w kształcie cyfry osiem: szeroka u góry i dołu, wąska w środku, o zaokrąglonych krawędziach. Miecze i groty włóczni były prawie wyłącznie z brązu. Małe, okrągłe tarcze i żelazne miecze to z kolei typowy ekwipunek żołnierzy z Grecji VIII i VII wieku p.n.e.
Podobnie autor „Iliady” zdaje się nie wiedzieć o potężnych zbrojach płytowych z epoki brązu, takich jak ta odnaleziona w grobowcu z około 1350 roku p.n.e. w Dendrze, w pobliżu Argos. Składała się ona z piętnastu brązowych blach, połączonych skórzanymi pasami. Taka zbroja okrywała wojownika od nosa po kolana. Była na tyle popularna w swoich czasach, że ideogram oznaczający słowo „zbroja” w piśmie linearnym B przypomina kształtem właśnie tę zbroję z Dendry. Jest na tyle charakterystyczna, że gdyby autorzy „Iliady” i „Odysei” o niej wiedzieli, można by zakładać, iż w tekście pojawiłoby się kilka słów, które wskazywałyby, że właśnie takie zbroje nosili Achilles, Hektor i inni.
Tymczasem z dość zdawkowych opisów wynika, że nasi Homerzy zakładali, iż ich bohaterowie noszą zbroje znane im z ich własnych czasów, z VIII wieku p.n.e., a zatem nie było potrzeby opisywać ich szczegółowo. Taką VIII-wieczną brązową zbroję i hełm znaleziono w Argos. Wygląda ona wyraźnie inaczej niż ta z Dendry i bardziej przypomina późniejsze greckie uzbrojenie z czasów klasycznych.
Innym ciekawym anachronizmem są opisy palenia zwłok: tak żegnani są między innymi Patroklos i Hektor. Tymczasem w rzeczywistości mykeńscy Grecy chowali swoich władców i bohaterów w grobowcach. Palenie zwłok upowszechniło się dopiero w epoce żelaza. W Mykenach znajdują się dwa takie monumentalne grobowce: tak zwany „Skarbiec Atreusza”, czasem nazywany również „grobowcem Agamemnona”, oraz „grobowiec Kitajmenstry”. Obydwa pochodzą z ok. 1250 roku p.n.e. i oczywiście nie są tak naprawdę grobowcami postaci z „Iliady”. Oczywiście, wojownikom, którzy zginęli na polu walki, nie można było naprędce zbudować takich grobowców, ale fakt iż mykeńscy Grecy grzebali zmarłych, zamiast palić zwłoki, sugeruje, że również dla poległych w bitwie raczej kopano groby niż budowano stosy.
Aby oddać Homerom sprawiedliwość, mamy też opisy, które pasują do realiów epoki brązu, choć dla słuchacza z VIII wieku p.n.e. musiały brzmieć dziwnie. Jednym z nich jest wspomniany już przeze mnie hełm z kłów dzika; inny to fragment księgi piątej „Odysei”, w którym Odyseusz buduje łódź.
„I Odys ścinał drzewa — praca szła mu sporo;
„Odyseja” w tłum. Lucjana Siemieńskiego
Dwadzieścia zwalił; topór gałęzie ciął z korą,
A siekiera równała pod sznur one dyle.
Aż Kalypso mu świdry przyniosła za chwilę:
Wiercił dziury, toż belki ze sobą szykował,
I tak tratwę wziął w kluby i gwoźdźmi ją skował”
Wspomnienie o świdrach, wierceniu dziur i „braniu tratwy w kluby” pasuje do techniki łączenia drewna za pomocą czopów, wynalezionej przez Fenicjan. Była ona już znana w epoce brązu i stosowana przez mykeńskich Greków, ale w następnych wiekach porzucono ją na rzecz techniki nakładających się na siebie desek.
Do anachronizmów należałoby zaliczyć również opisy pałaców i strojów, które w „Iliadzie” i „Odysei” bardziej przypominają swoje prostsze wersje z wczesnej epoki żelaza niż wyszukane, inspirowane kulturą wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego, z późnej epoki brązu – wrócę do tego za moment. Wcześniej jednak chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej sprawie.
Nie powinno być kontrowersyjnym stwierdzenie, że gdy nasz zbiorczy Homer rzuca w tekście imionami bogów i bogiń, i gdy opowiada o ich cechach, domenach i sposobie zwracania się do nich, opisuje panteon grecki ze swoich czasów, a nie ten z epoki brązu. Autorzy „Iliady” i „Odysei” byli zapewne ludźmi bogobojnymi i na pewno nie chcieli urazić bogów, opisując ich inaczej niż tak, jak w nich wierzyli. Być może nawet przez myśl im nie przeszło, że w przeszłości Grecy mogli wierzyć inaczej.
A jednak religia ulega zmianom, zwłaszcza gdy brakuje spisanych ksiąg i kasty kapłańskiej, które by ją stabilizowały. Upadek epoki brązu musiał doprowadzić do zmian w greckiej religijności. Dawna religia elit zaniknęła; przetrwały jedynie wierzenia ludowe, z których stopniowo wyłoniła się nowa religijność – ta, którą znamy właśnie dzięki Homerowi i Hezjodowi. Homer zaś tę nową religijność wkłada w usta i zachowania swoich bohaterów, którzy mają być elitą dawno minionej epoki. Ciężko o bardziej oczywisty anachronizm.
Więcej na ten temat znajdziecie w filmie „What the Odyssey Gets Wrong About Bronze Age Greek Religion” na kanale „Religion for Breakfast”.
Geografia życzeniowa
W pewnym sensie przekleństwem Grecji jest to, że w kulturze i popkulturze postrzegamy ją tylko w jeden, niezmienny sposób: ateńscy filozofowie, spartańscy hoplici i białe, marmurowe świątynie wsparte na kolumnach. Ewentualnie jeszcze Aleksander Wielki. W naszej zbiorowej świadomości Grecja pozostaje zamrożona zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Uparliśmy się bowiem, że prawdziwa Grecja to te niecałe dwieście lat między powstaniem ateńskiej demokracji w 510 roku p.n.e. a śmiercią Aleksandra w 323 roku p.n.e., a także że znajduje się mniej więcej tam, gdzie dzisiaj leży współczesna Republika Grecka.
Z tym wyobrażeniem, z gruntu nieprawdziwym, łączy się idea, że Grecja jest kolebką europejskiej cywilizacji. Mimo iż leży na samym skraju kontynentu, w świadomości Europejczyków Grecja dużo bardziej związana jest z resztą Unii Europejskiej, nawet ze Skandynawią i Irlandią, niż z położoną tuż obok niej Turcją. W końcu za czasów naszej idealnej starożytnej Grecji Turcji jeszcze nie było. Unii Europejskiej też nie było, ale mniejsza z tym.
Co za tym idzie, minimalizujemy, a wręcz ignorujemy związki Grecji z resztą wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego: z Anatolią, której wybrzeże było greckie dużo dłużej, niż jest tureckie; z Lewantem, Egiptem, a nawet dalej, z Mezopotamią i Persją. Czasy klasycznej starożytności kojarzymy przede wszystkim z Atenami i Spartą, nie myśląc o greckich koloniach poza Grecją właściwą. Wiemy oczywiście o Aleksandrze Wielkim i jego podbojach, ale nie łączymy tego z greckimi królestwami jego następców, które sięgały od Egiptu po Indie. Wiemy o Bizancjum, ale łączymy je raczej z imperium rzymskim niż z Grecją. A jeśli cofnąć się do epoki mykeńskiej… o tym, jak Grecy tamtej epoki widzieli świat i w którą stronę się orientowali, już w ogóle nie myślimy.
Grecja XII wieku p.n.e. również leżała na skraju cywilizacji, ale była to inna cywilizacja i zupełnie odmienny skraj, jeśli można tak powiedzieć. Centrum tej cywilizacji stanowiły trzy potężne państwa: Egipt, Babilonia oraz państwo Hetytów. Pomiędzy nimi znajdowały się wciąż jeszcze niewielka Asyria oraz państwo Mitanni, które z kolei coraz bardziej traciło na znaczeniu w ciągu poprzednich kilku wieków.
Wydaje się, że Cypr i Kreta stanowiły niezależne, małe królestwa; przy czym Kreta została podbita przez Mykeńczyków około 1420 roku p.n.e. O Mykeńczykach nie wiemy wiele. Źródła hetyckie twierdzą, że byli zjednoczeni pod władzą jednego króla, lecz nie jesteśmy w stanie tego potwierdzić. Agamemnon (lub raczej ktoś, kto mógł być inspiracją dla tej postaci) mógł więc faktycznie istnieć.
Wydaje się, że mykeńscy władcy uczestniczyli w wymianie handlowej i dyplomacji, jaka miała miejsce pomiędzy innymi państwami tej ery, ale byli postrzegani jako na wpół barbarzyńscy, choć użyteczni, sąsiedzi. Często wchodzili w konflikt z Hetytami, z którymi rywalizowali o zachodnie wybrzeże Anatolii, zwłaszcza o Wilusę i Milet. Sytuację komplikuje fakt, iż zachodnią Anatolię zamieszkiwały lokalne ludy, które nazywamy Luwijczykami. Luwijczycy mówili językiem podobnym do hetyckiego, byli jednak na tyle od nich różni, by czasem sprzymierzać się z Achajami, czyli mykeńskimi Grekami, przeciwko Hetytom.
Władcy mykeńscy żyli więc w skomplikowanym, dynamicznym świecie polityki, handlu i różnorodnych kultur, ale praktycznie cały ten świat znajdował się na wschód i południe od nich. To stamtąd do mykeńskiej Grecji przybywały nowinki technologiczne i kulturalne. Nosili kolorowe stroje i długie włosy, układane na sposób zbliżony do tego, jaki widzimy na płaskorzeźbach i freskach z tego okresu na Bliskim Wschodzie. Ich biżuteria i broń przypominały tę ze wschodu, podobnie jak motywy dekoracyjne z fresków i płaskorzeźb w ich pałacach, ukazujące sfinksy, lwy i byki w pozach zbliżonych do tych z Egiptu i Babilonu. Co więcej, podobnie jak w innych erach historycznych, kontakty dyplomatyczne i handlowe z obcymi kulturami zapewne prowadziły do małżeństw pomiędzy grecką elitą a władcami i arystokratami z innych państw wschodniej połowy basenu Morza Śródziemnego.
Dobrze urodzeni Grecy okresu mykeńskiego mogli więc z wyglądu bardziej przypominać swoich odpowiedników z Hattusy, Memphis lub Babilonu niż swoich własnych poddanych, a tym bardziej barbarzyńców z północy Europy. Złotowłosa i niebieskooka Niemka o jasnej cerze, Diane Kruger, ubrana w strój nawiązujący do klasycznej Grecji 800 lat później, była więc tak bardzo ahistoryczną Heleną, jak to tylko możliwe.
Geografia magiczna
Zresztą, tu znowu problemy z realizmem w ekranizacjach „Iliady” i „Odysei”, wynikające z naszych przekonań o tym, jak Grecja powinna wyglądać, nakładają się na problemy wynikające z samego materiału źródłowego. W „Odysei” nasz eponimiczny bohater (który dał nazwę opowieści, ponieważ jako jedyny ją przeżył) błąka się przez dziesięć lat pomiędzy Sycylią a Egiptem. Okej, siedem z tych dziesięciu lat spędza na jednej i tej samej wyspie, ale i tak podróż statkiem z Wilusy do Itaki powinna zająć maksymalnie kilka tygodni; nie bardzo też jest gdzie po drodze zgubić się, bo płynie się po prostu dookoła greckich wybrzeży.

Czy autor „Odysei” naprawdę myślał, że jest inaczej? Czy naprawdę wierzył, iż gdzieś na Morzu Śródziemnym znajdują się wyspy zamieszkałe przez potwory i czarodziejki? Wiele mądrych osób próbowało już zidentyfikować te wyspy, czasem w dość oryginalny sposób, jak na przykład ten, że przepłynięcie między potworem morskim Scyllą a niszczącym statki wirem Charybdis to poetycka interpretacja Cieśniny Mesyńskiej, pomiędzy Sycylią a Włochami.
Moja interpretacja jest jednak inna. Nie sądzę, żeby autor „Odysei” nie znał geografii Morza Śródziemnego i że naprawdę wierzył w istnienie fantastycznych bestii i magicznych wirów morskich. Moim zdaniem Homerowi po prostu nie zależało na realizmie. Wiem, szok i niedowierzanie.
Pierwszymi odbiorcami „Odysei” byli mieszkańcy Jonii. Ich przodkowie przybyli na wybrzeże Anatolii, nieco na południe od Wilusy, wkrótce po upadku epoki brązu. W VIII wieku p.n.e. Grecja wychodziła już z okresu swoich wieków ciemnych. Jonia składała się z dwunastu głównych miast, które handlowały między sobą, a także z wyspami na Morzu Egejskim i Śródziemnym oraz z miastami w Grecji właściwej. Wysyłały również wyprawy na Krym, na Sycylię, a nawet dalej. Marsylia, francuskie miasto na wybrzeżu Morza Śródziemnego, została założona przez osadników z Jonii w 600 roku p.n.e.
Możemy więc zakładać, że autor „Odysei” wiedział, jak daleko jest z Troi do Itaki i jak tam dopłynąć, podobnie jak autor „Iliady” wiedział o istnieniu Etiopii oraz o stepie na północ od Krymu. Ale tak, jak obecnie chodzimy do kina, aby oglądać fantastyczne filmy, tak i jońskim słuchaczom pierwszych wersji „Odysei” nie zależało specjalnie na realizmie opowieści. Odwrotnie: jeśli tylko akcja rozgrywała się wystarczająco daleko od domu, przyzwolenie na fantastyczne elementy zamieniało się wręcz w oczekiwanie, że usłyszą właśnie o takich rzeczach: o bogach, potworach, czarodziejkach i niesamowitych przygodach.
Odyseusz nie żegluje więc po prawdziwym Morzu Śródziemnym, od jednej naprawdę istniejącej wyspy do drugiej, lecz po fantastycznym świecie pełnym magii, pozornie tylko podobnym do naszego. Miejsca, które odwiedza, oraz odległości między nimi, nie są i nie muszą być realistyczne.
Widzowie nie wiedzą czego chcą
Wolfgang Petersen w „Troi” z 2004 roku zdecydował się iść w stronę realizmu; wymagało to wyrzucenia z fabuły bogów, magii, klątw i przepowiedni, które w oryginalnej „Iliadzie” grają tak dużą rolę, że w rezultacie Petersen musiał też zmieniać fabułę w innych miejscach. Nie było bowiem żadnego jabłka, które Parys miałby dać Afrodycie, ani też przysięgi byłych absztyfikantów Heleny, którzy pod groźbą klątwy przyrzekli bronić jej małżeństwa z Menelaosem. I to właśnie dlatego w oryginalnym materiale pod Troję popłynęło tysiąc okrętów, a nie dlatego, że Agamemnon chciał stworzyć imperium. No cóż, wyszło jak wyszło. „Troja” nie jest zgodna z materiałem źródłowym, ale przynajmniej za to… również nie jest wiarygodna historycznie.
Oprócz tych dwóch biegunów, zgodności z oryginałem i historyczności, mamy bowiem również trzeci, o którym trochę już wspomniałem: oczekiwania widzów. A to widzowie ostatecznie płacą za bilety do kina, nie historycy. Widzowie chcą zobaczyć taką starożytną Grecję, jaką ją sobie wyobrażają, i taką właśnie Grecję dostają. Dlatego też Brad Pitt biega w zbroi i hełmie, które mają więcej wspólnego z klasyczną Grecją niż z epoką brązu; Helenę gra Niemka, świątynie mają kolumny o kilkaset lat za wcześnie, a po oblężonym mieście… przechadzają się lamy? No dobra, tego ostatniego to już naprawdę nie wiem, jak wyjaśnić.
Okej, powiecie, nie da się zrobić historycznej „Iliady” i „Odysei”, ale może da się zrobić chociaż jedno i drugie zgodne z oryginalnymi tekstami. Tu już można trochę odejść od historyczności, akurat na tyle, aby widzom się podobało. A w zamian będziemy mieli zgodność z materiałem źródłowym: greckich bogów, czary, potwory, klątwy, nimfy i czarodziejki.
Owszem, możemy to zrobić. Tylko czy na pewno tego chcemy? Czy na pewno wiemy, co tak naprawdę znajduje się w materiale źródłowym?
Sama „Iliada” jest dużo krótsza, niż nam się z reguły wydaje. Zaczyna się od tego, że Achilles strzela focha, ponieważ Agamemnon zabrał mu jego niewolnicę, Bryzeidę. Achilles i jego Myrmidonowie wycofują się z walki. Inni Grecy walczą dalej; dochodzi do kilku pojedynków między bohaterami, a bogowie interweniują tu i tam po jednej lub drugiej stronie, aż wreszcie dzięki heroicznym czynom Hektora Trojanie zaczynają wygrywać.
Gdy jest już bardzo źle, Patroklos prosi Achillesa o zmianę zdania, a ten zgadza się, aby to Patroklos poprowadził Myrmidonów na pomoc innym Grekom. Tak się dzieje, ale Hektor zabija Patroklosa. Potem Achilles zabija Hektora. Priam przyjeżdża pod osłoną nocy do obozu Greków i błaga Achillesa o wydanie ciała Hektora, a ten się zgadza. Opowieść kończy się opisem spalenia ciała Hektora na stosie pogrzebowym. Koniec. Trochę mało, prawda?
Zapewne chcielibyśmy, aby ekranizacja pokazywała coś więcej. Ale to „więcej” to już nie „Iliada”. Porwanie Heleny przez Parysa, zorganizowanie greckiej floty i jej dotarcie pod Troję, koń trojański i zniszczenie Troi – to w „Iliadzie” jest tylko wspominane, ale nie opisywane w szczegółach
Z drugiej strony, tak jak „Iliadę” kojarzymy z rzeczami, których w „Iliadzie” nie było, tak „Odyseję” pamiętamy wybiórczo, jako coś mniejszego niż to, czym „Odyseja” naprawdę jest, to znaczy jedynie jako przygody poczciwego, choć trochę pechowego żeglarza, Odyseusza. To również nieprawda – ale wrócę do tego za chwilę.
Achilles i Patroklos są kochankami
Na razie pozostańmy jeszcze przy „Troi” z 2004 roku. W tej scenie Odyseusz, grany przez Seana Beana (który, spoiler, nie umiera w tym filmie) spotyka Achillesa i Patroklosa. I teraz spróbujcie zapomnieć wszystko, co wiecie o tym filmie. Jak myślicie, który z nich to Achilles, a który to Patroklos? No oczywiście, że 19-letni wówczas Garrett Hedlund powinien grać Achillesa. Brad Pitt, który w 2004 roku miał 40 lat, byłby za stary nawet do roli Patroklosa.

Zgodnie z „Iliadą” Odyseusz znajduje Achillesa na wyspie Skyros, a rzymski poeta Statius w I wieku naszej ery uzupełnia ten epizod opisując, jak Achilles ukrywa się wśród córek króla Likomedesa, przebrany za jedną z nich. Jest tak podobny w swoim przebraniu do nastoletniej dziewczyny, że Odyseusz musi uciec się do podstępu, aby go rozpoznać: każe swoim żołnierzom udawać, że atakują grupę dziewcząt, w której znajduje się Achilles. Zgodnie z podejrzeniem Odyseusza, tylko Achilles staje do walki z napastnikami; reszta grupy ucieka. Fakt, iż Odyseusz zidentyfikował Achillesa dopiero w ten sposób, mówi nam coś o samym Achillesie z początku wojny. Nie był on na pewno postawnym mężczyzną o kwadratowej szczęce. Odyseusz nigdy nie stwierdził: „Słuchajcie, co prawda jedna z dziewcząt ma bary jak niedźwiedź, ale nie możemy na tej podstawie podejmować żadnych decyzji, więc spróbujmy triku, żeby się upewnić”.
W ciągu następnych wieków „Iliada” zyskała tak wielką popularność w greckim świecie, że niczym czarna dziura popkultury zaczęła przyciągać inne mity i innych greckich bohaterów. Powstał tzw. „cykl epicki”, złożony z opowieści, które rozwijały historię i genealogię zarówno głównych, jak i wielu pobocznych bohaterów „Iliady”, łącząc ich z innymi mitologicznymi wydarzeniami i ze sobą nawzajem. Opowieści te są trochę jak „Gwiezdne wojny”: nie trzymają się za bardzo kupy, a najstarsza z nich, sama „Iliada”, opowiada wydarzenia ze środka franczyzy.
Jeśli jednak przyjąć je za dobrą monetę, to porównując ich chronologię, można mniej więcej obliczyć wiek bohaterów. Achilles, gdy Odyseusz spotyka go po raz pierwszy, ma od 15 do 20 lat. O Patroklosie wiemy mniej, a przez to trudniej ustalić jego wiek, ale większość starożytnych pisarzy i dramaturgów daje mu przynajmniej o kilka lat więcej. I mają ku temu dobry powód: o ile w oryginalnej „Iliadzie” nie mówi się o tym, zgodnie z cyklem epickim Achilles i Patroklos są kochankami. I teraz uwaga: w starożytnej Grecji, związek dwóch dorosłych mężczyzn był źle widziany, za to akceptowane były związki dorosłego mężczyzny z nastoletnim chłopcem. Achilles i Patroklos nie mogli więc obaj być dorosłymi. Jeden z nich musiał być nastolatkiem, a z innych źródeł wychodzi jasno, że musiał to być Achilles.
Dla starożytnych był to poważny problem. Ajschylos, ateński dramaturg, twierdził, że mimo bycia młodszym, to Achilles był erastesem, stroną dominującą w związku, a starszy Patroklos — eromenosem, stroną uległą. Platon z kolei pisze bez ogródek, że to głupi pomysł: Achilles, jako młodszy, musiał być stroną uległą; inaczej taki związek byłby zgorszeniem.
Nie da się tego umiejętnie przedstawić we współczesnym filmie hollywoodzkim. Wrażliwość publiczności jest obecnie zupełnie inna, a do tego dobrze wiemy jak łatwo współczesna popkultura ignoruje niuanse.
Syn Achillesa
A to jeszcze nie wszystko. Otóż Achilles ma syna. Syn nosi imię Neoptolemus i został spłodzony przez Achillesa właśnie na Skyros. Jego matką jest Deidamia, córka króla Skyros i jedna z grupy dziewcząt, wśród których ukrywał się młody Achilles. I musiało to nastąpić przynajmniej kilka lat przed rozpoczęciem wojny trojańskiej, ponieważ w ostatnim, dziesiątym roku wojny Neoptolemus zostaje wezwany pod Troję; musiał więc mieć już przynajmniej czternaście, piętnaście lat. Achilles i Deidamia musieli zatem spiknąć się, gdy sami byli w podobnym wieku.
Na krótko przed zdobyciem Troi przez Greków Achilles umiera, ugodzony w piętę strzałą Parysa. Przepowiednia mówi, że Grekom uda się wygrać wojnę tylko wtedy, jeśli spełnią kilka warunków, z których jednym jest udział syna Achillesa w ostatecznym szturmie. Odyseusz wraca więc na Skyros, zabiera stamtąd Neoptolemusa, zawozi go pod Troję, ogarnia pozostałe warunki przepowiedni, buduje drewnianego konia i ładuje się do niego wraz z chłopakiem i kilkoma innymi żołnierzami. Podstęp się udaje, a przepowiednia zostaje spełniona: Grecy zdobywają Troję.
Rzeź Troi
"Tu leżeli mężowie, którym usta gorzka śmierć zamknęła, wszędzie po całym mieście, skąpani we własnej krwi. Inni padali na nich, wydając ostatnie tchnienie. Jeszcze inni, ściskając w dłoniach swoje wnętrzności, które wystawały im przez rozprute brzuchy, krążyli wokół swoich domów w tym okropnym stanie. Znowu inni, którym podczas snu odcięto stopy, pełzali wśród trupów jęcząc tak, że nie da się tego opisać. A ci, którzy rzucili się do walki, leżeli teraz w pyle drogi, z odciętymi rękami i głowami. Byli i tacy, których włócznia przebiła na wylot, od pleców do piersi, oraz inni, których pachwiny przebiła lanca, nabijając ich tam, gdzie ostrze rani najboleśniej. A wszędzie wokół miasta rozlegały się żałosne wycia psów i przerażające jęki ludzi, których dosięgła śmierć. Każdy dom rozbrzmiewał okropnymi krzykami."
Quintus Smyrnaeus, Posthomerica, księga XIII – tłumaczenie z angielskiego przekładu; moje, bo innego nie znalazłem.

Neoptolemus jest psychopatą. To Achilles na sterydach: seryjny morderca, wolny od jakichkolwiek skrupułów. Wywleka starego Priama ze świątyni Zeusa i zabija go, po czym zrzuca z murów małego Astyanaksa, syna Hektora i Andromachy, zmuszając jego matkę, by na to patrzyła. Bierze Andromachę, starszą od niego o dziesięć lat, za swoją niewolnicę i gwałci ją. Jakiś czas później Andromacha rodzi syna. Inną trojańską księżniczkę, Poliksenę, córkę Priama i Hekuby, Neoptolemus składa w ofierze na grobie swojego ojca Achillesa, który tego sobie zażyczył przed śmiercią. Widząc śmierć swoich dzieci i wnuka, królowa Hekuba wpada w szaleństwo: traci głos, zaczyna szczekać i poruszać się na czworakach, aż w końcu bogowie zamieniają ją w psa.
Być może autor, wiedząc, z czym musiało wiązać się zdobycie i splądrowanie miasta, chciał odsunąć winę choć trochę od pozostałych bohaterów „Iliady” i tak powstał krwiożerczy syn Achillesa, który dokonuje najgorszych czynów w opisie rzezi Troi. Ale nie oznacza to, że Achilles, Odyseusz i wszyscy inni to pozytywni bohaterowie, którzy chcieli tylko zabrać Helenę i wrócić do domu. Troja została doszczętnie splądrowana i spalona, a niemal wszyscy jej mieszkańcy zabici. Kasandra, siostra Polikseny, została siłą wyciągnięta ze świątyni Ateny, w której się schroniła, zgwałcona i oddana Agamemnonowi w niewolę.
Zresztą śmierć Polikseny na grobie Achillesa jest w pewnym sensie klamrą całego cyklu epickiego: na jego początku Agamemnon składa w ofierze bogom swoją własną córkę, Ifigenię, wcześniej okłamując ją, że przygotowania do ofiary to tak naprawdę przygotowania do jej ślubu z Achillesem. Te dwie decyzje Agamemnona – złożenie w ofierze własnej córki oraz powrót do Myken z Kasandrą jako swoją nową niewolnicą – motywują jego żonę, a siostrę Heleny, Klitajmestrę, do zamordowania go.
Agamemnon to druga po Neoptolemusie postać, której wolno być prawdziwym złolem i do tego dużo bardziej rozpoznawalna. To on jest Putinem końca epoki brązu. Zarówno w „Troi” Petersena jak i w „Odysei” Nolana konflikt o Helenę jest dla niego tylko pretekstem – tak naprawdę Agamemnon od zawsze chciał zdobyć, złupić i zniszczyć Troję; jest „wanax andrōn„, władcą ludzi, który przez intrygi i szantaż zmusza innych Greków, aby mu pomogli dokonać tej zbrodni. Agamemnon uosabia chciwość i żądzę zniszczenia, aby Grecy jako całość mogli powiedzieć, że przynajmniej w jakimś tam stopniu to oni… to oni nie chcieli. Tak wyszło. Agamemnon ich zmusił, to jego wina.
Doskonale moim zdaniem pokazuje to Brian Cox w „Troi” Petersena. Jest diaboliczny, ale przy tym wciąż ludzki. Nie jest złym władcą ciemności z bajki, ani Batmanem z „Odysei” Nolana. Mogę uwierzyć, że tak właśnie mógłby wyglądać i zachowywać się ogarnięty ideą stworzenia imperium król z czasów epoki brązu.
Spychanie winy na Agamemnona to trik, który pozwala pokazać Achillesa i Odyseusza w lepszym świetle. Zwłaszcza u Nolana wygląda to wręcz tragikomicznie w scenie gdzie Odyseusz przechadza się po plądrowanej Troi ze smutnym wyrazem twarzy, bo właśnie do niego dotarło, że zrobił coś złego i zastanawia się „Are we the baddies?”. Najwyraźniej my, widzowie, powinniśmy mu w tej scenie współczuć.
Sam Odyseusz w oryginalnej „Iliadzie” i „Odysei” nie jest wcale takim znowu poczciwym żeglarzem, któremu należałoby kibicować. Przed ostatecznym szturmem spotyka się z Heleną i obiecuje jej, że bezbronni mieszkańcy zostaną oszczędzeni. Wierząc w to, Helena decyduje się mu pomóc, co pośrednio prowadzi do budowy drewnianego konia i w konsekwencji wygranej Greków. Ale oczywiście Odyseusz nigdy nie planował dotrzymać obietnicy; odwrotnie, sam bierze udział w plądrowaniu i zabijaniu bezbronnych.
Później, na początku „Odysei”, pierwszym przystankiem Odyseusza i jego załogi po drodze do domu jest miasto Ismara na północnym wybrzeżu Morza Egejskiego. Odyseusz zdobywa je, zabija większość mężczyzn, a kobiety oddaje na gwałt swoim żołnierzom. Grecy popełniają jednak błąd: zachłystują się zwycięstwem, przez całą noc palą miasto, mordują i gwałcą, i nie są przygotowani, gdy nad ranem na pomoc mieszkańcom przybywają ich współplemieńcy z okolicznych wiosek. Kilkudziesięciu Greków ginie, a reszta musi ratować się ucieczką na statki. Autor „Odysei” opisuje to tak, jakby błędem Odyseusza było dopuszczenie do śmierci swoich ludzi, a nie to, że wcześniej zabili setki niewinnych mężczyzn i zgwałcili ich żony i córki.
Później Odyseusz trafia na wyspę czarodziejki Kirke, z którą ma dwóch synów. Później spędza siedem lat na wyspie nimfy Calypso, z którą – zgodnie z innymi źródłami – również ma dzieci. W tym czasie jego żona, Penelopa, czeka na jego powrót, opędzając się od zalotników. Odyseusz wraca do niej i to on ją przepytuje, czy była mu wierna. Wiele lat później jeden z jego synów z Kirke zabija go przez przypadek, jak to w greckich tragediach bywa. (Ups, spoiler).
Już starożytni mieli problem
Już w klasycznej Grecji filozofowie i dramaturdzy zdawali sobie sprawę, że od strony etycznej z „Iliadą” i „Odyseją” jest coś nie tak. Oryginalny tekst oraz krążące wokół niego opowieści, które ostatecznie trafiły do cyklu epickiego, nie są zbyt skomplikowaną historią. To raczej wydaje się być opowieść skierowana do prostych ludzi, którzy po ciężkim dniu pracy zbierają się razem, czy to przy teatralnej scenie, czy po prostu przy ognisku, i chcą posłuchać historii o wspaniałych bohaterach. Wypisz, wymaluj: tak jak my, gdy po tygodniu wypełniania tabelek w Excelu idziemy do kina na kolejnego Marvela. Grecy z „Iliady” nie muszą być moralnie dobrzy; wystarczy, że są nasi. Mieli powód, by zaatakować Troję, zaatakowali i wygrali. Hurra. Koniec. Proszę się rozejść do domów, a jutro znowu do roboty. Owce się same nie wypasą.
Wzrost popularności „Iliady” i „Odysei” ostatecznie zwrócił też uwagę krytyków na przesłanie tych dzieł. A jak tylko wgryźć się trochę głębiej, jasne staje się – zarówno dla nas, jak i dla wykształconych osób z czasów klasycznej starożytności – że są to historie opowiadane z punktu widzenia złoczyńców. Jedynym Trojaninem, który jest czemukolwiek winny w całej tej historii, jest Parys, tchórz i egocentryk, ale i jego największym błędem jest jedynie to, że poderwał żonę innemu mężczyźnie. Ta jedna rzecz nie może być usprawiedliwieniem dla wszystkich zbrodni, jakich Grecy dokonują na Trojanach.
Achilles, Odyseusz, Agamemnon i reszta greckich bohaterów – oni wszyscy są mordercami i gwałcicielami. Neoptolemus powinien trafić na resztę życia do izolatki. A jednak twórcy „Iliady” i „Odysei”, jak również ich oryginalna publiczność, nie widzą tego w ten sposób. Dla nich bohaterem jest ten, który staje do walki i wygrywa. Ocena etyczna nie ma znaczenia. Zabił, zgwałcił… trudno, na xuj drążyć.
To oczywiście nie mogło podobać się greckim filozofom i dramaturgom. Już Eurypides, żyjący w V wieku p.n.e. twórca takich dzieł jak „Hekuba”, „Ifigenia w Aulis” oraz „Kobiety trojańskie”, przedstawia Achillesa w negatywnym świetle: jako człowieka, który nie potrafi kontrolować swoich emocji, daje się nimi powodować, a przez to jego działania prowadzą do cierpienia niewinnych.
Platon w swojej „Republice” generalnie krytykuje Homera z góry na dół: z tych samych powodów co Eurypides, jeśli chodzi o Achillesa, ale też dlatego, że w „Iliadzie” i „Odysei” bogowie zachowują się jak rozkapryszone dzieci: unoszą się gniewem, są powodowani zazdrością i zawiścią, okrutni, a ludzi traktują jak zabawki w grze między sobą. Platon twierdzi wręcz, że greckie dzieci nie powinny uczyć się „Iliady”, ponieważ może je to zdemoralizować. Wtóruje mu Arystoteles. Obaj przyznają wprawdzie, że Homer był wielkim poetą, ale wcale im się fabuła jego dzieł nie podoba. Arystoteles zwraca uwagę na pochwałę działania pod wpływem silnych emocji, co jego zdaniem czyni Homer, opisując gniew Achillesa i działania innych greckich bohaterów w sposób, który można zinterpretować jako usprawiedliwianie okrucieństwa pod pozorem dokonywania heroicznych czynów.
Ale o ile Grecy krytykowali konkretne postaci, opisy ich czynów oraz przesłanie dzieła, o tyle Rzymianie uważali już Agamemnona i jego zgraję po prostu za złoczyńców, a Trojan za bohaterów, zwłaszcza Hektora i Eneasza.
Eneasz pojawia się w „Iliadzie” tylko na chwilę. Jest synem Anchizesa i Afrodyty. Anchizes jest kuzynem Hektora. Zeus, mszcząc się na Afrodycie za jeden z wcześniejszych afrontów, sprawił, że zakochała się w nim. No, może „zakochała” to za dużo powiedziane: spiknęli się na jedną noc. Owocem tej przygody był Eneasz. Gdy było już po wszystkim, Afrodyta zabroniła Anchizesowi mówić o tym wydarzeniu, ale… no cóż. Oczywiście chłopak nie wytrzymał i pochwalił się kumplom, że poderwał boginię miłości. Za karę okulał.
Na obrazach przedstawiających upadek Troi oraz w rzeźbach z Eneaszem ten często niesie na plecach swego starego, okulałego ojca. Nieznający szczegółów widz mógłby pomyśleć, że biedny Anchizes nie może chodzić ze starości albo że być może doznał kontuzji, uciekając przed morderczymi Grekami. Nie. Anchizes nie może chodzić, bo nie potrafił trzymać gęby na kłódkę. Ale dla przesłania płynącego z tych obrazów i rzeźb nie ma to znaczenia: ważny jest Eneasz, jego lojalność wobec starego ojca, odwaga i gotowość do poświęceń. Zamiast uciec samemu, Eneasz ryzykuje życie, aby ocalić innych. Nie oszukuje jak Odyseusz, nie unosi się gniewem jak Achilles.
Gdy Wergiliusz pisze „Eneidę” i w pierwszej jej połowie każe Eneaszowi pływać po Morzu Śródziemnym, by w końcu po ponad sześciu latach przybić do brzegów Italii, możemy w gruncie rzeczy domyślać się, że autor chciał w ten sposób nawiązać do „Odysei”, ale też pokazać, iż Eneasz jest lepszy od Odyseusza. Eneasz jest bowiem bohaterem bliższym nam etycznie. Ekranizacja filmowa „Eneidy” nie przysparzałaby problemów z przedstawieniem złoczyńców jako bohaterów, jak to ma miejsce w przypadku „Iliady” i „Odysei”.
Adaptacje pod publiczkę
No dobrze, a zatem wiemy już, że nie da się „Iliady” i „Odysei” zaadaptować w sposób realistyczny, ani też nie za bardzo można w ekranizacji trzymać się materiałów źródłowych, przynajmniej w niektórych ich fragmentach. Ale co w takim razie z tym trzecim wierzchołkiem naszego trójkąta: z ekranizacją, która spodobałaby się widzom?
Takie pytanie niesie pewne niedopowiedziane założenie, że widzowie będą chcieli ekranizacji, która będzie w miarę realistyczna i w miarę wierna materiałowi źródłowemu. Ale, po pierwsze, to tylko nasze pobożne życzenie, że tego właśnie oczekują widzowie (które w gruncie rzeczy wynika z optymistycznego innego założenia, że zdecydowana większość widzów będzie znała się na historii i na materiale źródłowym, a także wiedziała czego chce) oraz, po drugie, nie ma jednego dobrego przepisu na taki miks.
W „Troi” z 2004 roku, filmie, który, jak się okazuje, dla wielu domorosłych znawców Homera z internetu jest tą dobrą, prawidłową adaptacją, Wolfgang Petersen idzie w stronę realizmu, kosztem dziewięćdziesięciu procent materiału źródłowego. Nie ma bogów, wojna trwa zaledwie kilka miesięcy, Odyseusz nie ma czasu filmowego na swoje triki, Achilles jest stary, nie jest gejem i biega w zbroi z innej epoki, Parys i jego germańska Helena się są w sobie zakochani, Hektor zabija Menelaosa i tak dalej. Petersen próbuje nawet zmierzyć się z kwestią etyczną i każe Achillesowi puścić Bryzeidę wolno w jednej z ostatnich scen, której w cyklu epickim nigdy nie było – tak, jakby to miało zadośćuczynić wszystkim mordom, jakich dokonał wcześniej.
David Benioff, scenarzysta „Troi”, którego możecie też kojarzyć – dobrze lub źle – z „Gry o tron”, powiedział w wywiadzie, że gdy miał do wyboru: trzymać się „Iliady” albo zmienić materiał z korzyścią dla filmu, zawsze robił to drugie. Cytuję: „Myślę, że w całym scenariuszu są może dwie lub trzy linijki wzięte bezpośrednio z Homera. Gdybyśmy wzięli więcej, nie miałoby to sensu”. Koniec cytatu.
Innym podejściem, popularnym zwłaszcza we wcześniejszych ekranizacjach filmowych, jest pominięcie problematycznych fragmentów, zignorowanie anachronizmów i zamiast tego nakręcenie prostego filmu przygodowego z takimi efektami specjalnymi, na jakie budżet pozwala.
W „Furii Achillesa”, włoskim filmie z 1962 roku, Grecy i Trojanie toczą wyrównaną walkę, która polega przede wszystkim na honorowych pojedynkach głównych bohaterów. W dwuczęściowej „Odysei” z 1997 roku, z Armandem Assante w roli głównej, głównym grzechem Odyseusza jest to, że obraził bogów; z tego powodu skazany jest na serię fantastycznych przygód. W tym samym roku Odyseusz pojawia się w odcinku „Xeny, wojowniczej księżniczki”. Tu występuje pod swoim łacińskim imieniem, Ulysses; wraca do domu po wielu latach podróży, a Xena pomaga mu pokonać absztyfikantów Penelopy.
I nie zrozumcie mnie źle: uwielbiam „Xenę”. Ten serial to moje guilty pleasure. I nawet mimo że w innym odcinku pojawia się tam Helena grana przez czarną aktorkę, Galyn Görg, na trzydzieści lat przed Lupitą Nyong’o – a więc, łołk, komunizm i koniec cywilizacji na pełnej, to jednak wybitne kino to to nie jest.
Twórcy „Xeny” operowali budżetem, jak ja po wycieczce do butelkomatu; mogli sobie więc na pewne rzeczy pozwolić, bo wcale dużo nie ryzykowali. Co innego, gdy budżet jest już poważniejszy, a aby się zwrócił, producent stara się przewidzieć oczekiwania widzów, a potem stoi nad scenarzystami i reżyserem i bije ich linijką po łapach, gdy tylko próbują czegoś, co może się nie sprzedać. Wtedy właśnie wchodzi unikanie kontrowersji, wymazywanie niuansów i rysowanie bohaterów oraz złoczyńców grubą, kontrastową kreską, żeby nie było wątpliwości, której postaci kibicować.
Co więcej, jeśli dane dzieło jest kolejną już adaptacją jakiegoś materiału źródłowego, taka sytuacja bardzo silnie demotywuje do wprowadzania jakichkolwiek poważnych zmian. Skoro raz się udało, to za drugim i trzecim razem też się uda, czyż nie?
W Stanach Zjednoczonych nowe filmy o życiu Jezusa wychodzą średnio co pięć lat. Większość z nich skierowana jest przede wszystkim do lokalnej widowni i po kolei pokazuje te same wydarzenia w bardzo podobny, bezpieczny sposób. Ok. 69%, czyli 235 z 340 milionów mieszkańców USA deklaruje się jako chrześcijanie, rynek jest więc pokaźny. Jeśli obejrzycie jeden z tych filmów, to w zasadzie jakbyście obejrzeli 90% z nich. Co za tym idzie, ich wartość artystyczna jest bardzo mała. Są niemalże swoimi kopiami, z poprawką na innych aktorów, budżet i technologię produkcji. A jednak, ludzie to oglądają, a skoro oglądają, tworzone są kolejne niemal takie same adaptacje tej samej historii.
I to jest mój główny problem z ekranizacjami zrobionymi pod dyktat średniej publiczności: są nudne, przewidywalne i jednakowe. Jeśli jedną już widziałem, nie widzę powodu, czemu miałbym iść do kina na następną. Jak będę chciał obejrzeć po raz kolejny ten sam film to włączę sobie Władcę Pierścieni.
Interpretacje teatralne
Więc jak można inaczej? Otóż można, ale zanim coś o tym powiem, mam do Was prośbę: idźcie do teatru. To znaczy nie teraz. Najpierw skończcie oglądać ten film, skoro i tak już zabrnęliście bardzo daleko, nawiasem mówiąc, gratuluję, ale potem idźcie. Na cokolwiek. Chociaż może najlepiej właśnie na interpretacje sztuk greckich czy też Szekspira.
„Interpretacje”, nie „adaptacje”, ponieważ „adaptacją” w tym kontekście powinniśmy nazywać wyłącznie sztuki, które wiernie odwzorowują oryginał. Tak więc na przykład „Antygonę” można zaadaptować, ponieważ „Antygona” została oryginalnie napisana jako sztuka teatralna. Ale „Iliadę”, „Odyseję” i wiele innych opowieści już nie; w kontekście teatru musimy więc mówić o interpretacjach. To znaczy: oryginał najpierw musiał zostać zamieniony w scenariusz sztuki teatralnej, a ten proces wymusza zmiany. Dopiero potem ten scenariusz może zostać wystawiony na scenie.
Wiele z takich zmian jest oczywistych, jak na przykład wtedy, gdy w oryginalnej scenie bohater siada i myśli. Jeśli materiałem źródłowym jest powieść, autor może napisać, co bohater myśli, ale w filmie lub na scenie zamiana tych myśli na słowa i słuchanie ich byłoby bardzo, ale to bardzo uciążliwe dla widzów. Dlatego z reguły scenariusz filmowy lub teatralny usuwa takie sceny i stara się wybrnąć z problemu w inny sposób.
Inną bardzo ważną motywacją do zmian są fizyczne ograniczenia sceny teatralnej, na której wielu rzeczy po prostu nie da się przedstawić realistycznie. Zamiast tego teatr posługuje się symbolami i wizualizacjami albo w ogóle rezygnuje ze scenografii przypominającej oryginał i zastępuje ją czymś lepiej pasującym do realiów scenicznych.
Mamy więc „Sen nocy letniej” w Teatrze Komedia, gdzie aktorzy siedzą na kanapach zamiast w lesie, albo sztukę „Odys i świnie, czyli opowieść mitomana” Teatru Śląskiego, która zamiast na morzu dzieje się w szpitalu, przy łóżku umierającego Odyseusza.
I nie są to nowe pomysły. Już Arystoteles w „Poetyce”, traktacie o poezji i teatrze napisanym w 335 roku p.n.e., twierdzi, że każdą opowieść można podzielić na istotę fabuły oraz tzw. epizody. Istotę fabuły należy zidentyfikować, i to ona wyznacza, czy dane dzieło pozostaje tym samym dziełem mimo zmian. Epizody natomiast to sceny, które można dowolnie zmieniać, usuwać i dodawać, a mimo to nie wpłynie to na istotę.
Arystoteles podał przykład takiego podziału, korzystając właśnie z „Odysei”. Parafrazując: „Historię „Odysei” można streścić w kilku zdaniach. Pewien mężczyzna przebywa z dala od domu przez wiele lat; jest przeklęty przez Posejdona i opuszczony przez ludzi. Tymczasem jego dom pogrążony jest w nędzy. Zalotnicy trwonią jego majątek i knują przeciwko jego synowi. W końcu, znużony burzami, powraca do domu; ujawnia się wybranym osobom; osobiście atakuje zalotników i, ocalały, unicestwia ich. To istota fabuły; reszta to jedynie epizody” („Poetyka”, rozdział 17).
Współczesna technologia filmowa pozwala na rozmach, jaki nigdy wcześniej nie był możliwy, ani w kinie, ani tym bardziej w teatrze. I być może nie jest to do końca dobre. Przyzwyczailiśmy się, że wszystko mamy podawane jak na tacy: bogate dekoracje, efekty specjalne, popisy kaskaderskie, kamera podążająca za bohaterami i tak dalej.
Nie tylko odbiera nam to możliwość uzupełniania scenografii za pomocą własnej wyobraźni, ale też sprzedaje iluzję, że to, co widzimy na ekranie, to obiektywna rzeczywistość. A skoro tak, skoro to jest obiektywna rzeczywistość, to przecież nie można pokazać jej więcej niż na jeden sposób. Jedna wersja musi być tą prawdziwą, a wszystko inne to błędy i wypaczenia.
Ale nic z tego, co dzieje się na ekranie, nie jest prawdą. Każdy film to wypadkowa wielu elementów: dążenia do realizmu, zachowania wierności materiałom źródłowym, przypodobania się oczekiwaniom widzów, ale też chęci artystycznej kreacji twórców i wielu innych.
Nie krytykujmy więc dzieła, które nie jest w stanie być stuprocentowo realistyczne ani zgodne z materiałem źródłowym, za to, że takie nie jest. Odwrotnie: doceniajmy kreatywność artystyczną. Sztuka żyje eksperymentami i reinterpretacjami. Bierzemy opowieści, które znamy, i próbujemy opowiedzieć je na nowo, połączyć, zmienić, odwrócić i stworzyć coś, czego jeszcze nie było — ale nie w próżni, lecz właśnie w odpowiedzi na to, co już jest. Jest w tym piękno i jest w tym wartość. A dla nas, jako widzów, teatr i kino niezależne może być dobrą odtrutką od tego hiperrealistycznego trendu wysokobudżetowych hollywoodzkich produkcji, które nam tę wartość i to piękno zabrały.
Przypisy
W przygotowaniach do tego filmu wzięło udział mniej książek i artykułów naukowych niż zwykle, ale coś tam jednak mogę polecić. Jeżeli chcecie wiedzieć więcej o faktycznym końcu cywilizacji brązu, przeczytajcie „1177, Rok w którym upadła cywilizacja”. Autorem jest Eric Clyne. Eric Clyne jest archeologiem i specjalistą od Troi i Myken. Potrafi świetnie opowiadać. Możecie posłuchać go między innymi w podcaście „The Ancients”, jednym z najlepszych podcastów historycznych, dostępnym za darmo na platformie HistoryHit. Po polsku, o „Odysei” opowiadał niedawno profesor Marek Węcowski w Radiu Naukowym.
Obejrzyjcie nową „Odyseję” Christophera Nolana, bo to w sumie bardzo dobry film – zwłaszcza gdy pamiętać o tym wszystkim, o czym tu mówiłem – ale obejrzyjcie też „Powrót Odyseusza” sprzed dwóch lat z Ralphem Fiennesem i Juliette Binoche. A jak już przy ekranizacjach mitów greckich jesteśmy, obejrzyjcie też „Kaos” na Netflixie – bardzo dziwaczny serial, opowiadający między innymi historię Orfeusza i Eurydyki, zachowując istotę, a zmieniając niemal wszystkie epizody.
Jak już wspominałem, dr Andrew Henry z kanału „Religion for Breakfast” zrobił odcinek o religii mykeńskich Greków, a jeżeli czujecie się bardzo ambitni, na stronie „Wolne Lektury” znajdziecie stare polskie przekłady „Iliady”, „Odysei” i „Poetyki” Arystotelesa – za darmo w pdfach.
- https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/homer-iliada.pdf
- https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/homer-odyseja.pdf
- https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/arystoteles-poetyka.pdf
Co więcej, malowidła i ryciny, obrazujące sceny z „Iliady” i „Odysei”, które użyłem w tym filmie jako ilustracje – oczywiście każdy z nich pochodzi z innego źródła i wszystkie są odpowiednio podpisane, ale też chciałbym dodać, że wyszukiwałem je poprzez platformę Wikimedia Commons, co bardzo ułatwiło mi pracę.
Chciałbym też podziękować Karinie Grabowskiej-Fiałek, aktorce Teatru Śląskiego, za dyskusję i naprowadzenie na kilka tropów, które wykorzystałem przede wszystkim w ostatnim rozdziale tego filmu.











































