Ten wpis to lekko zredagowana transkrypcja skryptu z powyższego filmu. Zachowałem w nim ten sam nieformalny ton i dygresje. Zdecydowana większość linków prowadzi do artykułów i grafik z anglojęzycznej Wikipedii. Polecam ich lekturę, jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej, a jeśli macie ochotę zakopać się jeszcze głębiej, zarówno na końcu tego wpisu, jak i pod każdym artykułem na Wikipedii, znajdziecie kolejne linki, tym razem do konkretnych książek i artykułów naukowych.

Wstęp

Filmy fabularne osadzone w prehistorii nie mają dobrej sławy. Zazwyczaj gdy myślimy o nich, przychodzi nam do głowy albo stare kiczowate fantasy, albo kosmici budujący piramidy, albo w najlepszym razie kreskówki. W gruncie rzeczy jestem fanem wszystkich trzech gatunków, więc nie powinienem narzekać, ale rzadko się zdarza, aby z takiego filmu można było dowiedzieć się czegoś co mniej-więcej zgadza się z naszą wiedzą o prehistorii. Dlatego „Alfa”, który wyszedł na ekrany w roku 2018, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Owszem, główna oś fabuły kręci się wokół udomowienia psa i akurat co do tego możemy powiedzieć z dużą pewnością, że było inaczej, jak również film nie ustrzegł się kilku innych błędów, ale też widać, że twórcy odrobili pracę domową i stosunkowo często w „Alfa” pojawiają się elementy dekoracji, albo nawet całe sceny inspirowane czymś, o czym wiemy z badań archeologicznych.

To będzie recenzja ze spoilerami. Będę opowiadał o scenach z „Alfy”, które są inspirowane, albo przynajmniej wydają mi się inpirowane faktycznymi pracami naukowymi na temat górnego paleolitu. Jeśli nie chcecie spoilerów, możecie od razu przewinąć do rozdziału pt. „Wilki a psy” gdzie zaczynam omawianie badań archeologicznych na ten temat i nie wracam już do samego filmu. A poza tym, tak, „Alfa” to dobry film, zdecydowanie polecam… chociaż istnieje pewien powód, w związku z którym możecie zdecydować, że jednak sobie go darujecie.

Kto stworzył „Alfę”

„Alfa” był pierwszym dużym indywidualnym projektem Alberta Hughesa [06, zdjęcie reżysera], wcześniej znanego głównie z projektów tworzonych wspólnie z jego bratem-bliźniakiem Allenem [07, zdjęcie obu]. Wspólnie nakręcili między innymi „Dead Presidents” w 1995, „From Hell” w 2001 i „The Book of Eli” w 2010. Wszystkie te produkcje nie były szczególnie udane, a tymczasem stworzony już bez pomocy brata „Alfa” zebrał dobre recenzje wśród krytyków. Good for you, Albert.

Głównymi bohaterami filmu są Keda, grany przez Kodiego Smitha-McPhee, którego możemy znać również z roli Nightcrawlera w serii filmów o X-Men, oraz jego ojciec, Tau, w którego wciela się dyżurny wiking i barbarzyńca z wszystkich filmów i seriali o wikingach i barbarzyńcach ostatniej dekady, czyli Jóhannes Haukur Jóhannesson. Jóhannes grał w „Grze o Tron”, w „Ostatnim Królestwie”, w „Wikingach: Valhalla”, w „Wiedźminie”, w „Kapitanie Ameryka: Brave New World”, oraz „Those About to Die”.

W filmie mamy też polski akcent. Rolę jednego z członków plemienia gra Marcin Kowalczyk, który lata temu zabłysnął jako Magik w „Jesteś Bogiem”.

W tytułową rolę wilka Alfy wciela się natomiast wilczak czechosłowacki Chuck. Film „Alfa” dotyczy bowiem – oczywiście – udomowienia psa. Akcja rozgrywa się 20 tysięcy lat temu na terytorium współczesnej południowej Francji, a wręcz na podstawie niektórych ujęć możemy dość dokładnie określić o jakie miejsce chodzi.

Scena polowania

W pierwszej scenie filmy widzimy z lotu ptaka gorącą parę wodną, wydobywającą się z gejzerów. Możnaby pomyśleć, że to tylko tani stereotyp: w starych filmach o prehistorii zawsze był gdzieś jakiś wulkan albo gejzer. Dymiące góry z jakiegoś powodu kojarzą nam się z pradawnymi czasami i zaginionymi cywilizacjami. Ale w „Alfie” akurat ma to sens. Nasi bohaterowie należą bowiem do paleolitycznej kultury, którą nazywamy solutryjską. Wspominałem o nich w filmie „Życie w Paleolicie” . Solutryjczycy żyli w czasach szczytu ostatniego zlodowacenia, w obecnej środkowej i południowej Francji. Z pewnością więc podróżowali przez Masyw Centralny, gdzie nawet obecnie występują gorące źródła, a z badań geologicznych wiemy, że w górnym paleolicie aktywność wulkaniczna była tam silniejsza niż teraz. Przy odrobinie dobrej woli możemy więc założyć, że kamera pokazuje nam właśnie tę okolicę. Tym bardziej, że tylko chwilę później trafiamy na scenę polowania wyraźnie inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami.

Grupa myśliwych, w tym Keda i Tau, zasadzają się na stado żubrów. Rzucają w nie oszczepami, ale nie po to, by je zabić, ale aby je wystraszyć i skłonić do skoku w przepaść. Nie mam pojęcia, czemu żubry miałyby przestraszyć się tych oszczepów. Myślę, że scena mogłaby być bardziej wiarygodna gdyby myśliwi np. podpalili trawę. W każdym razie jednak zasadzka udaje się, lecz bez ofiar wśród ludzi: w zamieszaniu Keda zostaje zaatakowany przez jedno ze zwierząt i wraz z nim spada z urwiska. [22, kadr z upadkiem Kedy z urwiska] Trafia na półkę skalną w połowie wysokości między szczytem, na którym znajdują się jego ojciec i współplemieńcy, oraz dnem wąwozu, do którego mogą bezpiecznie zejść. Traci przytomność, a Tau, spoglądając w dół, dochodzi do wniosku, że jego syn nie żyje.

Ta scena jest wyraźnie inspirowana znaleziskami pod Skałą Solutre od której wzięła się nazwa tej paleolitycznej kultury. W 1866 roku odkryto tam kości koni, oraz krzemienne ostrza, które obecnie datujemy na ok. 21 tys. lat temu. Mimo iż nigdy nie udało się udowodnić, że solutryjczycy faktycznie polowali na konie zmuszając je do skoku ze szczytu Skały, taki obraz został szybko podchwycony przez artystów i dziennikarzy. Możemy być pewni, że Albert Hughes napisał scenę polowania, inspirując się właśnie tą historią – z tym, że zamiast koni w „Alfie” występują europejskie żubry, które z kolei grane są przez kanadyjskie bizony, ponieważ zdjęcia do filmu kręcono w Kanadzie.

Co więcej, szukając informacji do tej recenzji, natrafiłem na plotkę, że podczas kręcenia tej sceny kilka z bizonów mogło faktycznie zginąć. Nie wiem ile w tym prawdy, ani – jeśli tak się stało – czy był to wypadek, czy planowane działanie twórców. Możecie jednak zauważyć, że w napisach końcowych brak jest tekstu o tym, że żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas produkcji.

Kultura materialna Solutryjczyków

W następnej scenie myśliwi ćwiartują zabite zwierzęta, a Tau ustawia na szczycie urwiska mały stos kolorowych kamieni, który ma symbolizować zmarłego Kedę – po czym odchodzi. Ale Keda nie zginął. Budzi się, udaje mu się zejść z półki skalnej na dół wąwozu, a następnie wspiąć się z powrotem na górę. Tam widzi kamienie i zdaje sobie sprawę, że nikt na niego nie czeka. A to jest już koniec krótkiego lata epoki lodowcowej – od tej pory dni będą robiły się coraz zimniejsze. Jeśli chce przeżyć musi o własnych siłach wrócić do swojego plemienia.

Sam stos malowanych kamieni jest na tyle charakterystyczny, że coś mnie tknęło. I faktycznie, te kamienie to nie wymysł reżysera, a przynajmniej nie do końca. Kamienie malowane w podobny sposób znaleziono w grocie Le Mas-d’Azil. Są mniejsze od tych z filmu i datujemy je na 10 do 12.5 tys lat temu, czyli na okres mezolitu, jakieś 8 tysięcy lat po czasach, w których dzieje się akcja filmu. Nie wiemy do czego służyły, ale nie znajdujemy ich w pobliżu szczątków ludzkich, a więc raczej nie miały na celu oznaczania grobów. Znajdujące się na nich ślady farby to czerwone lub czarne kropki, kreski, krzyżyki i zygzaki. Jak do tej pory nie powstała żadna spójna teoria, która przypisywałaby im jakieś znaczenie.

Innym ciekawym przykładem, wskazującym na to, że Albert Hughes odrobił pracę domową jest scena egzaminu z łupania krzemieni. Kilku młodych chłopców siedzi przy ognisku i pracuje nad nowymi grotami do włóczni. Widzimy tu przez chwilę zarówno duży kamienny tłuczek, jak i małe narzędzie z rogu lub kości, służące do usuwania precyzyjnego usuwania z krawędzi małych fragmentów krzemienia. Tau i Sigma – wojownik, którego gra Marcin Kowalczyk – sprawdzają rezultaty ich pracy. Dwa z czterech grotów uznają za niewystarczająco dobre. Dwa inne, symetryczne i ostre, zostają przez nich zaakceptowane.

Kultura solutryjska wyróżnia się na tle zarówno wcześniejszych jak i późniejszych kultur paleolitycznych Europy właśnie pięknymi, precyzyjnie obrobionymi grotami włóczni. Jakość tych wyrobów jest na tyle duża, że faktycznie możemy zastanawiać się, czy włożóny w ich powstanie wysiłek był motywowany wyłącznie względami praktycznymi. Owszem, Solutryjczycy polowali na megafaunę, więc duże dobre groty włóczni na pewno im się przydawały, ale podobnie na megafaunę polowały inne kultury europejskiego paleolitu – np. Grawetyjczycy wcześniej i Magdaleńczycy później, a ich krzemienne wyroby nie wyglądają aż tak imponująco. Być może więc faktycznie w solutryjskiej precyzji rolę grało coś jeszcze, jak chęć wykazania się i zyskania szacunku innych członków plemienia, lub kulturowy perfekcjonizm, ten sam który później w historii doprowadził między innymi do powstania damasceńskiej stali, lub który zmusza Japończyków do produkcji absurdalnie ostrych noży do krojenia ryb.

Hipoteza solutryjska

W 1927 roku w Blackwater Draw w Nowym Meksyku, odnaleziono krzemienne groty włóczni, obecnie datowane na ok. 13 tys lat. W ciągu kolejnej dekady archeologowie odkryli więcej podobnych ostrzy i grotów, zwłaszcza w okolicy miasteczka Clovis, ok 200km na wschód od Blackwater Draw. Dlatego kulturę paleolityczną, której członkowie wytwarzali te groty, nazywamy kulturą Clovis. Ich groty włócznie również były duże, ale bardzo precyzyjnie obrobione. Podobnie jak Solutryjczycy, używali techniki zwanej „overshot flaking”, polegającej na usuwaniu z krzemienia pojedynczych długich odłamków, od środka kamienia po krawędź.

W roku 2004 te podobieństwa zmotywowały dwóch uznanych archeologów – prof. Dennisa Stanforda z Smithsonian Institution w Stanach Zjednoczonych, oraz prof. Bruce’a Bradleya z University of Exeter w Wielkiej Brytanii – do wysunięcia tzw. „hipotezy solutryjskiej”, zgodnie z którą kultura Clovis pochodzi w prostej linii od Solutryjczyków, którzy przeszli Atlantyk po lodowcu, lub przepłynęli łodziami wzdłuż niego. Hipotezy solutryjskiej nie udało się jednak potwierdzić. Badania genetyczne szczątków ludzkich, które łączymy z kulturą Clovis, wskazują jednoznacznie na powiązania z paleolitycznymi kulturami Syberii, ale nie Europy. Nie ma też żadnych dowodów na to, aby Solutryjczycy potrafili budować łodzie, zdolne do podróży na dalekie dystanse, ani nie ma wiarygodnej teorii jak i dlaczego mieliby oni pójść lub popłynąć daleko na północ, jak mieliby przeżyć w warunkach trudniejszych nawet niż Europa w czasach zlodowacenia. Brakuje również wyjaśnienia dla 5 do 7 tysięcy lat przerwy pomiędzy kulturami solutryjską i Clovis. Hipoteza solutryjska trafiła więc na pogranicze nauki i pseudonauki i nie jest obecnie brana na poważnie.

A wspominam o niej ponieważ zwrócił moją uwagę dobór aktorów w filmie „Alfa”. Owszem, mamy tu Jóhanna Jóhannessona, oraz Marcina Kowalczyka, jak również kilka innych osób o wyraźnie współczesnej europejskiej aparycji, ale grający główną rolę Kodi Smith-McPhee, jego filmowa matka Rho, grana przez Natassię Malte, Leonor Varela, która gra szamankę plemienia, jak i wielu drugo- i trzecioplanowych aktorów, ma rysy twarzy leko chociaż przywodzące na myśl rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, oraz długie, ciemne, proste włosy. Być może więc reżyser Albert Hughes wiedział o hipotezie solutryjskiej i zdecydował się do niej w ten sposób nawiązać – ale to tylko mój domysł, dużo słabszy niż w przypadku inspiracji sceny polowania, których jestem w zasadzie pewien. Tak czy inaczej – nawet jeżeli z naukowego obowiązku muszę wspomnieć, że na podstawie badań genetycznych jesteśmy w zasadzie pewni, że prawdziwi Solutryjczycy mieli ciemniejszą skórę – doceniam konsekwencję w doborze aktorów. W „Alfa” nie trzeba wiele, by uwierzyć, że bohaterowie są ze sobą spokrewnieni.

Inne detale

Takich detali, które wskazują na solidnie odrobioną pracę domową, jest w „Alfie” więcej. Keda i jego współplemieńcy noszą precyzyjnie zszyte ciepłe ubrania – nie byle jak narzucone na ramiona futra zwierząt, których pełno w starszych filmach o prehistorii. Mieszkają w namiotach, nie w jaskiniach, co również jest kliszą w starych filmach, ale czego współczesna archeologia nie wspiera. Owszem, w jaskiniach we Francji znajdujemy malunki z czasów paleolitu i stąd wziął się ten stereotyp o jaskiniowcach, ale wiemy, że mieszkańcy paleolitycznej Europy podążali za stadami mamutów, żubrów i koni, większość nocy spędzali więc w przenośnych namiotach. Zwłaszcza dotyczyło to Solutryjczyków, żyjących w najtrudniejszym okresie zlodowacenia i w związku z tym najbardziej zależnych od migracji paleolitycznej megafauny.

Albert Hughes poszedł wręcz tak daleko w odtworzenie realiów, że zatrudnił profesor antropologii Christine Schryer, aby stworzyła język, którym posługują się bohaterowie. Szczerze mówiąc, wydaje mi się to już niepotrzebne, ale dzięki temu otrzymaliśmy efekt uboczny w postaci filmu, który wymaga czytania napisów niezależnie od wersji językowej.

Jeszcze innym ciekawym detalem są tatuaże na dłoniach Kedy i Tau, które mają wyobrażać położenie gwiazd na niebie i pomagać w znalezieniu drogi do domu. To jest już co prawda element fabuły, trochę naciągany. Domyślam się, że wytatuowane kropki mają wyobrażać gwiazdozbiór Małego Wozu, którego dyszel to Gwiazda Polarna, ale nie sądzę, by w odszukaniu jej na niebie potrzebny był tatuaż. Mamy jednak pewne znaleziska, które sugerują, że ludzie w paleolicie patrzyli w gwiazdy i rozpoznawali w nich kształty, które nazywamy gwiazdozbiorami. W 1979 roku w miejscowości Ach w południowych Niemczech (Ciekawostka: Ach leży w pobliżu miasta Ulm) odkryto kość mamuta sprzed od 38 do 32.5 tysięcy lat temu, na której ktoś po jednej stronie wyrył małą sylwetkę człowieka, a po drugiej 86 nacięć ułożonych w pionowych liniach. Oczywiście nigdy nie będziemy w stanie wiedzieć na pewno, czemu miało służyć to małe dzieło paleolitycznej sztuki, ale jedna z hipotez mówi, że sylwetka człowieka, jego ułożenie ramion i nóg, pasuje do konstelacji Oriona, a 86 to liczba nocy w roku gdy Betelguese, jedna z gwiazd konstelacji Oriona jest w Europie widoczna nad horyzontem.

Przypadek? Hmm. Możliwe, że tak. Ale ta kość to nie jedyne znalezisko tego typu. W Cueva del Castillo w Hiszpanii znajdują się pochodzące sprzed 14 tysięcy lat obrysy dłoni, podobne do tych z Cueva de los Manos w Argentynie. Na końcu ściany, na której widzimy ludzkie dłonie, obmalowane wokół ochrą, znajduje się niewielki dodatkowy rysunek: 7 kropek w kształcie, który przypomina konstelację Corona Borealis, również składającą się z 7 gwiazd. I znowu, jest to tylko hipoteza, co do której prawdziwości istnieją poważne zarzuty – np. po co ludzie mieliby rysować gwiazdozbiory głęboko w jaskiniach i jeśli to robili to czemu nie ma ich więcej.

Wilk „Alfa”

No okej ,ale ja tu ględzę o polowaniach na żubry i ciosaniu krzemieni, a nawet jeszcze nie poruszyłem najważniejszego motywu filmu, czyli kwestii udomowienia psa.

Gdy Keda znajduje stos malowanych kamieni na szczycie urwiska, z którego spadł, zdaje sobie sprawę, że jego współplemieńcy uznali go za zmarłego i ruszyli w powrotną podróż do obozu. Aby przeżyć, musi ruszyć za nimi – ale nawet wtedy jego szanse na przeżycie są niewielkie. Jest poturbowany. Porusza się z trudnością, nie ma przy sobie żadnego prowiantu, a droga jest daleka i niebezpieczna. „Alfa” jest filmem pełnym przepięknych ujęć, pokazujących mroźne, nieprzyjazne ludziom pustkowia. Jest to świat, w którym ludzie wciąż jeszcze nie mogą czuć się bezpiecznie. Nie są na szczycie łańcucha pokarmowego. I co prawda jest scena, w której pojawia lew jaskiniowy, ale równocześnie „Alfa” nie idzie na łatwiznę i nie przedstawia zagrożeń czyhających na Kedę wyłącznie w postaci wielkich drapieżników, które chcą go zjeść. Nie. Samotny, kontuzjowany chłopak, może umrzeć na tuzin sposobów bez pomocy lwa jaskiniowego, a głównym wrogiem może być samo środowisko. Wiatr i chłód, połączony z brakiem pożywienia, pozbawi go sił w ciągu kilku dni, a reszty dokonają sępy i… wilki.

No właśnie.

Wkrótce po rozpoczęciu swojej wędrówki, Keda zostaje zaatakowany przez watahę wilków. Broni się jednak i nawet rani jednego z nich. Gdy reszta watahy w końcu ucieka, zostawiając za sobą rannego, Keda decyduje się go uratować. Z początku nawet dla niego samego wydaje się to złym pomysłem: czas ucieka, powinien jak najszybciej wrócić do obozu. A jednak zamiast zostawić wilka na pastwę losu, albo może zjeść go samemu, Keda zaciąga go do pobliskiej jaskini i tam powoli, w ciągu kolejnego miesiąca, obaj dochodzą do siebie, żywiąc się głównie jakimiś robakami. W międzyczasie chłopiec i wilk zaprzyjaźniają się i po wyzdrowieniu ruszają w długą, niebezpieczną wędrówkę do obozu plemienia Kedy.

I w ten sposób opowiedziałem Wam cały film. Ale fabuła „Alfy” jest z założenia prosta. Film broni się pięknymi zdjęciami i przywiązaniem do detali. Filmowa historia udomowienia psa nigdy nie miała mieć dramatycznych zwrotów akcji.

Wilki a psy

W rzeczywistości, udomowienie psa – czy też udomowienie wilka, który w wyniku tego procesu stał się psem – było dużo bardziej skomplikowane, niż ma to miejsce w filmie „Alfa”. I jest to jeden z tych przypadków w paleontologii gdzie w ostatnich latach naszą wiedzę wzbogaciły niesamowicie badania genetyczne, ale też ta nowa wiedza przyniosła jeszcze więcej pytań. Dawna, prosta teoria mówiła, że psy są podgatunkiem współczesnego wilka szarego, który został udomowiony przez ludzi w górnym paleolicie, gdzieś na terenie Syberii. W wyniku ludzkiej selekcji powstały różnorodne psie rasy, które wspólnie nazywamy canis lupus familiaris, podczas gdy gatunek oryginalny, wilk – canis lupus lupus – żył sobie dalej dziko i niewiele się zmieniał.

Nowe znaleziska szczątków prehistorycznych wilków i psów wskazują jednak na coś innego. Wilk szary był wtedy jedynie jednym z kilku popularnych podgatunków wilka, żyjącym dalej na południe niż obecnie, podczas gdy tzw. mamuci step, rozciągający się od Europy przez Syberię, aż po Kanadę, zajmowały inne podgatunki, w tym canis lupus spelaeus, czyli wilk jaskiniowy w Europie – a jakże, każdy drapieżnik epoki lodowcowej musi być albo jaskiniowy, albo szablozębny – wilk tajmirski w północnej Azji, oraz wilk Beringa na Alasce i w Kanadzie. Relacje pomiędzy tymi trzema populacjami nie są jasne, podobnie jak relacja ich trzech z współczesnym wilkiem szarym. Wydaje się, że średnio były większe i cięższe, o większych czaszkach i mocniejszych szczękach. Z drugiej strony, miały krótsze łapy od współczesnego wilka, przez co mimo bardziej masywnego ciała były podobnego wzrostu. Z tym różnic w budowie możemy wnioskować, że paleolityczne wilki polowały na większą zwierzynę i były w tym bardziej wyspecjalizowane, podczas gdy wilk szary polował na mniejsze zwierzęta i był bardziej elastyczny i oportunistyczny w swojej diecie.

Gatunkom wyspecjalizowanym trudniej przeżyć gwałtowne zmiany klimatu niż oportunistom. Gdy epoka lodowcowa dobiegła końca i klimat ocieplił się, wilk jaskiniowy, wilk tajmirski i wilk Beringa w dużej mierze wymarły, a reszta z nich zmieszała się z zajmującymi nowe, cieplejsze tereny, wilkami szarymi. Ale też wydaje się, że to właśnie od nich, nie od wilka szarego, pochodzi pies – canis lupus familiaris.

I tu mała dygresja: canis dirus, czyli wilk straszny, strasznowilk, albo wilkor z Gry o Tron, to jeszcze inny gatunek, który również wymarł na końcu epoki lodowcowej. I tym razem to naprawdę był inny gatunek, równie daleko spokrewniony z psami i wilkami, co np. z kojotami, podczas gdy te trzy wymarłe populacje, o których właśnie mówiłem, oraz wilk szary, oraz udomowiony pies, nazywamy tradycyjnie osobnymi gatunkami lub podgatunkami, ale w rzeczywistości były bardzo blisko spokrewnione i mogły się bez trudu krzyżować. Z kolei trzy szczeniaki, które przyszły na świat w październiku 2024 i w styczniu 2025 w laboratorium Collossal Biosciences, to wilki szare, którym zmodyfikowano zaledwie 14 kluczowych genów tak, aby działały jak odpowiednie geny strasznowilków. Jest to na pewno wielki krok naprzód jeśli chodzi o inżynierię genetyczną i daje nam pewne nowe informacje na temat wyglądu i zachowania strasznowilków, ale małe… no, już nie takie małe… Romulus, Remus i Khaleesi, strasznowilkami nie są. Nazywanie ich tak to tylko zabieg PR-owy.

W ogóle popularne rozumienie ewolucji jako progres od jednego gatunku do drugiego, do spóły z poglądem, że w definicji gatunku znajduje się warunek, że dwa gatunki nie mogą się krzyżować, są nieprawdziwe i bardzo utrudniają rozmowę na te tematy. Sprawy nie ułatwia również fakt, że ewolucja to jest skomplikowany temat. Parafrazując Doktora z serialu „Doctor Who”, ewolucja gatunków na Ziemi to wibbly wobbly timey wimey… stuff. Owszem, odpowiednio odległe od siebie genetycznie osobniki nie mogą się krzyżować, jak również jeśli znajdujemy szczątki zwierzęcia sprzed 10 tysięcy lat, oraz drugiego sprzed miliona lat, to prawdopodobnie znaleźliśmy dwa różne gatunki (no chyba że to krokodyle), ale też z samej definicji ewolucji wynika, że jeżeli użyjemy funkcji zoom i spojrzymy na zwierzęta oddalone od siebie jedynie o kilkadziesiąt lub kilkaset pokoleń, w każdym z miejsc na ewolucyjnym drzewie zobaczymy ten sam gatunek. Wszystkie te populacje wilków, oraz udomowione psy, mogły wyglądać trochę inaczej od siebie, ale mogły się ze sobą krzyżować. W gruncie rzeczy nawet gdy używam tu potocznego terminu „drzewo ewolucyjne” robię błąd, bo to tak naprawdę nie jest drzewo, gdzie gałęzie mogą się tylko rozchodzić, ale raczej system strumieni, które mogą się rozpływać, ale też łączyć. Tak było w przypadku ewolucji człowieka i tak też było w przypadku ewolucji psa. Wilki i psy nazywamy osobnymi gatunkami, a tym trzem wymarłym populacjom wilków nadajemy nazwy podgatunków, takie jak canis lupus speleaus, ale robimy to tylko, by łatwiej określić o której z populacji mówimy. A jak widać, ułatwiając sobie w tym jednym miejscu, utrudniamy sobie sprawę w innym, to znaczy w kwestii tłumaczenia jak działa ewolucja.

Podobnie, gdy próbujemy ustalić kiedy nastąpiło udomowienie psa, od razu trafiamy na problem jak zdefiniować psa. Siłą rzeczy, im starsze szczątki psów znajdujemy, tym bardziej podobne są one do wilków, aż w końcu nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy trafiliśmy na udomowione zwierzę, czy może na dzikiego wilka, który został zabity przez ludzi i zaciągnięty do ich obozowiska, lub po prostu żył w jego pobliżu.

Szczątki paleolitycznych wilkopsów

W Hohle Fels w południowych Niemczech, w tej samej jaskini, w której znaleziono najstarszą jak na razie figurkę Wenus, znaleziono również fragment górnej szczęki wilka, który żył 40 do 35 tysięcy lat temu. Jego wgłębienia zębów trzonowych pasują wielkością do zębów wilka, ale kształtem przypominają bardziej psa. Werdykt: raczej prawie być może na pewno wilk. Może był to właśnie wilk jaskiniowy, bliżej spokrewniony ze współczesnymi psami od wilków szarych. I byc może nawet nigdy na oczy nie zobaczył człowieka. Ludzie kultury oryniackiej, czyli ci, którzy wyrzeźbili figurkę Wenus, nie zamieszkiwali jaskini permanentnie. Może ten wilk wprowadził się tam i umarł w okresie gdy ludzi w Hohle Fels nie było.

Dużo ciekawszym znaleziskiem jest czaszka, znaleziona w 1860 roku w Goyet w południowej Belgii. W roku 2017 udało się ją bardzo precyzyjnie datować na 31680 lat temu, +/- 750 lat, a w tym samym systemie jaskiń znaleziono od tego czasu wiele kości i innych obiektów, wskazujących na to, że były zamieszkiwane w tamtym okresie przez ludzi kultury graweckiej. Jest to stosunkowo duża czaszka, pod tym względem bliższa wilkom niż psom, ale wyglądem bardziej zbliżona do współczesnego psa. Z kolei badania genetyczne wykazują, że ten wilkopies nie mógł być przodkiem współczesnych psów. A więc znowu – może był to dziki prehistoryczny wilk, ale może był to już wilk udomowiony, ale jego rasa wymarła.

Podobnie ma się sprawa ze śladami łap z jaskini Chauvet, sprzed 26 tysięcy lat, znalezionymi tuż obok śladów stopy ludzkiego dziecka. Ślady zostały zrobione w miękkiej glinie. Dziecko, ośmio- lub dziesięcioletnie, na pewno szło spokojnym krokiem – nie uciekało przed wilkiem. Ślady łap zwierzęcia są z kolei krótsze od łap wilka szarego, a więc może był to udomowiony wilk jaskiniowy. Ale też nie da się wykluczyć, że ślady te powstały w innym czasie i tak naprawdę nie przedstawiają dziecka i psa idących razem przez jaskinię.

Na to, że wilki udomawiane były przynajmniej kilkukrotnie mogą wskazywać również szczątki psa (lub wilka) z Jaskini Rozbójniczej w górach Ałtaj na południowej Syberii. Znaleziono tam bardzo dobrze zachowaną czaszkę i inne kości zwierzęcia sprzed 33 tysięcy lat. Badania wykazały, że najbliżej spokrewniony jest on z wymarłą już rasą psów grenlandzkich, hodowanych przez Inuitów jeszcze ok. roku 1000 naszej ery, ale nie z innymi psami, ani nie z wilkiem szarym.

Bardzo ciekawym przypadkiem są też wykopaliska w Przedmościu, niedaleko Przerowa na czeskich Morawach. Już przed drugą wojną światową znaleziono tam szczątki ludzkie, datowane na 37 do 24 tysięcy lat temu, pochowane w grobach, a późniejsze prace archeologiczne odkryły również kości – w tym czaszki – psów i wilków. Pochodzą sprzed ok. 31 do 27 tysięcy lat. I to właśnie ciekawe, że znaleziono zarówno szczątki bardziej przypominające wilki szare, oraz inne, o krótszych łapach i szerszych, krótszych pyskach. Co więcej, udało się nawet dokonać analizy zużycia zębów jednych i drugich i ta analiza jednoznacznie wykazała, że te psowate o krótszych pyskach częściej gryzły kości. Istnieje więc możliwość, że to właśnie one były udomowione i częściej jadły resztki z symbolicznego stołu swoich ludzkich właścicieli, podczas gdy szczątki wilcze pochodzą od upolowanych, dzikich wilków. Jeden z nich został wręcz pochowany przez ludzi, a w jego pysk włożono kość mamuta – być może jego ostatnią w życiu zabawkę. To praktycznie zamyka sprawę: to był udomowiony pies. Nie mamy jednak badań DNA, dzięki którym moglibyśmy połączyć go z współczesnymi rasami.

W roku 2018 w Jakucji spod topniejącej wiecznej zmarzliny wydobyto zwłoki dwumiesięcznego szczeniaczka. Zmarł 18 tysięcy lat temu. Być może został porzucony przez matkę i zmarł na mrozie, po czym jego ciało przykrył śnieg, a potem lód. Doskonale zachowała się przednia połowa jego ciała – nosek, głowa, futro i przednie łapki. Z badań wynika, że Dogor – bo tak został nazwany; to słowo nawiązuje do angielskiego „dog”, ale znaczy też „przyjaciel” w języku jakuckim – wykazuje podobieństwa zarówno do wilków szarych jak i do współczesnych psów. W czerwcu 2022 badania DNA skłoniły w końcu naukowców do uznania, że Dogorowi bliżej do współczesnych wilków, a psie podobieństwo może po prostu wynikać z faktu, iż psy, podobnie jak inne udomowione zwierzęta, podlegają zjawisku neotenii, czyli zachowywaniu fizycznych cech dziecka w życiu dorosłym – a więc krótszego, szerszego pyska, bardziej okrągłej głowy i krótszych łap. Przy okazji są to również cechy, jakie wykazują prehistoryczne populacje wilka, co utrudnia klasyfikację.

Szczątki, które już na pewno są psie

Jednakże późniejsze znaleziska szczątków psów paleolitycznych wykazują już wyraźnie połączenie genetyczne pomiędzy nimi, a współczesnymi psami. I tak na przykład w Elisejewiczi pod Brjańskiem w Rosji znaleziono dwie czaszki podobne wyglądem do czaszki psa z Goyet, ale pochodzące sprzed 17-16 tys lat temu, a więc 20 tysięcy lat później. W 2013 roku zakwalifikowano je na podstawie badań genetycznych jako canis lupus familiaris – czyli jako szczątki udomowionego psa-, mimo iż jeśli tak, to musiały być to bardzo duże psy, być może nawet większe od współczesnych wilków. Podobnie w dwóch lokacjach w Ukrainie, Mezynie oraz Meżyryczu, znaleziono psie szczątki podobne do tych z Goyet, pochodzące sprzed ok. 13.5 tys lat. Natomiast w Oberkassel pod Bonn, w Niemczech, odnaleziono kolejnego szczeniaka, tym razem 7-mesięcznego. Miał ok. pół metra w kłębie, był szczupłej budowy i zmarł 14 tys lat temu. W jego przypadku udało się bezsprzecznie stwierdzić połączenie pomiędzy nim, a współczesnymi rasami psów, a więc ludzie zamieszkujący tę okolicę trzymali nie tylko jego, ale też inne, spokrewnione z nim psy, które przyżyły, rozmnożyły się i obecnie niemal każdy pies na świecie ma je wśród swoich przodków. Co więcej, wiemy, że szczeniak znaleziony w Oberkassel przeżył poważną infekcję nosówki wcześniej w swoim krótkim życiu i wyzdrowiał – a więc ktoś musiał o niego dbać, poświęcać mu czas i uwagę i zapewne karmić czymś lepszym niż suche kości, choć łatwiej i bezpieczniej byłoby go porzucić na śmierć. A jednak, szczeniak z Oberkassel wyzdrowiał i zmarł w jakiś czas później z innego powodu. Znaleziono go w grobie wraz z dwójką ludzi, kobietą i mężczyzną.

Wydaje się jednak, że to ostatnie udomowienie psa, które doprowadziło do powstania wszystkich współczesnych ras, nie nastąpiło w Europie, lecz na Syberii. Badania genetyczne psich szczątków sprzed 10 tys lat z wyspy Wrangla u wybrzeży Alaski (innej wyspy Wrangla, nie tej od ostatnich mamutów) udowodniły ich połączenie z psami, hodowanymi w podobnym okresie na syberyjskiej wyspie Żochowa. Wyliczenia wskazują, że wszystkie amerykańskie rasy psów (oprócz ras arktycznych) pochodzą od wspólnych przodków, żyjących ok. 14500 lat temu – tak, nawet chihuahua – a tamte psy oddzieliły się od psów syberyskich ok. 16700 lat temu. To pasuje do głównej teorii o zasiedleniu Ameryki przez ludzi migrujących z Syberii właśnie w tym okresie.

Szukając materiałów na ten temat trafiłem też na alternatywną teorię sprzed 15 lat, sugerującą, że pies został udomowiony mniej-więcej w tym samym czasie, ale na Bliskim Wschodzie, ponieważ żyjące tam wilki szare zdają się być najbliższe genetycznie współczesnym psom. Osobiście skłaniam się raczej ku teorii o syberjskim pochodzeniu psów. Możliwym innym wyjaśnieniem podobieństwa psów i wilków na Bliskim Wschodzie jest późniejsze krzyżowanie się jednych z drugimi, dzięki czemu zarówno psy z tego regionu zyskały geny trochę bliższe wilczym, jak i bliskowschodnie wilki otrzymały domieszkę genów paleolitycznych psów.

Powody udomowienia

Zupełnie osobną kwestią pozostaje dlaczego ludzie udomowili psy. Było to wydarzenie bez precedensu w historii nie tylko naszego gatunku, ale w ogóle życia na Ziemi. Tak, zgadza się, między pewnymi innymi gatunkami zwierząt również dochodzi do współpracy, ale jest dość absurdalne, żeby doszukiwać się paraleli między relacjami ludzko-psimi, oraz ciągiem myślowym stojącym za powstaniem tej relacji, a np. mrówkami hodującymi mszyce. To co stało się, być może nawet kilkakrotnie, w czasach górnego paleolitu na terenie Europy i Syberii, to wydarzenie na zupełnie innym poziomie. Ale też oczywiście, ponieważ do udomowienia psa doszło w czasach paleolitu, nie mamy żadnych pisemnych relacji z pierwszej ręki na ten temat. Pozostają nam jedynie domysły.

Wilki to inteligentne drapieżniki, żyjące i polujące w małych stadach, które czasami nazywamy watahami, choć bardziej precyzyjnym określeniem jest „grupa rodzinna”. Taka grupa najczęściej składa się z pary przywódczej, samca i samicy, ich szczeniąt, oraz kilku młodszych wilków, będących albo potomkami głównej dwójki z poprzednich lat, albo potomkami poprzednich przywódców stada. Główną dwójkę nazywa się czasami potocznie samcem i samicą alfa. Stąd też oczywiście nazwa filmu, „Alfa”, a od tej nazwy wziął się zapewne pomysł nadania innym, ludzkim postaciom w filmie, imion pochodzacych od liter greckiego alfabetu. To określenie jest jednak dość… niefortunne, lekko mówiąc. W grupach wilków nie ma samców „beta”, „sigma”, czy „omega”, co sugerują różne dziwaczne teorie na temat męskiej hierarchii, jakie można napotkać w internecie. Jest tylko główna para wilków, oraz wszystkie inne. Co więcej, pozycja głównej pary nie wynika z tego, że są one silniejsze i bardziej agresywne od pozostałych, ale raczej z ich statusów jako rodziców i starsze rodzeństwo pozostałych. Do agresji i walki o status może dochodzić gdy jedno z głównej pary umiera, ale w innej sytuacji młody wilk raczej opuści grupę i wyruszy na poszukiwanie innej, lub aby znaleźć wilczycę, z którą mógłby założyć nowe stado. Taki „samotny wilk” to również nie jest, jak to w internecie gadają, potężny agresywny samiec, który sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, bo nikt mu nie będzie mówił, co ma robić. Wilki z natury żyją i polują w grupach. Samotnemu wilkowi dużo trudniej o znalezienie pożywienia, oraz jest dużo bardziej zagrożony ze strony innych drapieżników. Jego celem jest jak najszybsze znalezienie nowej grupy, w której czułby się bezpieczny i nie chodzić więcej głodny.

I to może być dla nas wskazówka. Być może proces udomawiania wilków zaczął się właśnie od samotnych osobników, na tyle głodnych, że przezwyciężyły swój naturalny strach i podejrzliwość i zaczęły podchodzić pod ludzkie obozowiska, aby szukać pożywienia w stertach odpadków. Mogły też podążać za ludźmi, którzy podążali za stadami megafauny i żywić się resztkami z ludzkich polowań. A gdy już nawet założyły nowe grupy rodzinne, niektóre z nich wciąż mogły uznać podążanie za ludźmi za dobry pomysł. Z czasem mogły nawet uznać grupę ludzi, za którą podążają, za „swoich” ludzi i zacząć odstraszać od niej inne drapieżniki, które również mogłyby być zainteresowane jadalnymi resztkami, pozostawianymi po sobie przez homo sapiens. Być może również pewną rolę zagrał tu szczyt zlodowacenia, gdy o pożywienie było już naprawdę trudno i te z wilków, które były skłonne zaryzykować i żyć jeszcze bliżej ludzkich siedzib, ostatecznie wygrywały w walce o przeżycie z tymi, które wolały trzymać dystans.

Ta część procesu udomowienia była po stronie wilków, ale aby w końcu doszło do udomowienia, musiało w pewnym momencie pojawić się działanie ze strony ludzi. W końcu, o ile nam wiadomo, neandertalczycy nie udomowili wilków, mimo iż tak jak wcześni homo sapiens podążali za stadami mamutów i żubrów, polowali na nie i pozostawiali za sobą ich kości i resztki mięsa. Być może na przeszkodzie stanął inny sposób myślenia. Być może neandertalczycy postrzegali wilki wyłącznie jako zagrożenie, odganiali je i zabijali, gdy te próbowały się zbliżyć i nigdy żadnemu neandertalczykowi nie przyszło do głowy, że można inaczej. Nasi przodkowie, przynajmniej niektórzy z nich, okazali się bardziej skłonni eksperymentować.

Być może – w całej tej teorii jest bardzo dużo „być może”, bo oczywiście nie jesteśmy niczego pewni – początki ludzko-psiej przyjaźni były tak proste, jak rzucenie wilkowi kości dla zabawy. Człowiek rzucił kość, wilk ją złapał, człowiek się roześmiał, a wilk obgryzł kość i następnym razem postanowił podejść trochę bliżej, wciąż strachliwy, ale zmotywowany myślą, że może człowiek ma więcej kości. W podobny sposób i obecnie „oswajamy” – w cudzysłowiu – dzikie ptaki, wystawiając im pokarm i przyzwyczajając do swojej obecności.

Może też, podobnie jak do tej pory robią to aborygeni australijscy z psami dingo, człowiek zdecydował się ukraść wilkom szczeniaki – niewykluczone, że aby je zjeść, ale szczeniaki były słodkie i puszyste i dały się oswoić, ponieważ pochodziły już z długiej linii wilków, które zatraciły wrodzony strach przed ludźmi. Jak by nie było, na pewno wilczy instynkt do współpracy w grupie został bardzo szybko dostrzeżony przez ludzi. Psy zaczęły strzec obozowisk – przed drapieżnikami, w tym innymi wilkami, ale też innymi ludźmi. Zaczęły pomagać przy polowaniach, strasząc zwierzęta i naganiając je na ludzkie włócznie. Wkrótce później, jeśli nie w tym samym czasie, zaczęły pomagać w ciągnięciu pakunków.

Na ich niesamowitą użyteczność wskazuje sam fakt, iż na początku neolitu, 10 tys lat temu, psy są obecne w każdym zakątku Ziemi, w którym żyją ludzie – oprócz Nowej Gwinei i Australii. Tam dotarły 4000 lat temu w ramach jednej z późnych ludzkich migracji z Azji południowo-wschodniej, a niedługo później, wraz z Polineczyjczykami, zasiedliły wyspy Pacyfiku. Ich obecność w życiu naszych przodków zapewne przyczyniła się do szybszego podchwycenia pomysłu, by udomowić inne zwierzęta, co z kolei było ważnym etapem przejścia od paleolitu do neolitu i budowy większych, bardziej skomplikowanych, osiadłych społeczeństw. Są z nami na dobre i na złe od co najmniej od 14, a być może nawet od 30-kilku tysięcy lat, wprowadzając w nasze życie zarówno poczucie bezpieczeństwa jak i chaos, komfort i konieczność wyjścia na spacer wściekłym porankiem, miłość od pierwszego spojrzenia i smutek po nieuchronnym rozstaniu. Są tak mądre, że zaczynamy je traktować według ludzkich standardów i nazywamy głuptasami. Rozumieją co do nich mówimy, więcej nawet iż sobie uświadamiamy, i potrafią zadziwić nas swoją przenikliwością, lojalnością i oddaniem, po to tylko, by w następnej chwili ukraść nam nieopatrznie pozostawioną na stoliku kanapkę. Udomowiliśmy je, ale też one udomowiły nas, tworząc relację społeczną jakiej nigdy wcześniej w historii ludzkości nie było i dzięki temu popychając nas na zupełnie nowe tory.

Przypisy

W pracy nad filmem skorzystałem z tych wszystkich prac naukowych, oraz artykułów na anglojęzycznej Wikipedii. Nieoceniony okazał się też kanał YouTube Davida Iana Howe oraz film o udomowieniu psów Eryki z kanału Gutsick Gibbon. Gorąco polecam obu tych youtuberów.

Dodaj komentarz